Zadyma
Andrzej M. Trzos|Friday, April 3, 2009
Przebywając w Polsce w drugiej połowie marca br. miałem wątpliwy zaszczyt oglądania w Warszawie „manifestacji” związkowców z „Sierpnia 80”, występujących w towarzystwie kilku małoznaczących, ale równie radykalnych grup związkowych, których członkowie okrzykują się reprezentantami całej polskiej klasy robotniczej. Przewodnią myślą tej rzekomej manifestacji - a właściwie antyrządowej zadymy - było to co głosiły transparenty i nieustające skandowanie: „Nie będziemy płacić za wasz kryzys!”
To odżegnywanie się od kryzysu dbywało się to w smrodzie palonych opon, wyciu ręcznie nakręcanych syren, huku odpalanych petard i jazgocie inwektyw wykrzykiwanych przez megafony pod adresem rządu, a zwłaszcza premiera Donalda Tuska. Na szczęście policja sprawnie pilnująca porządku, nie dała pretekstu do użycia przez tę zgraję zawodowych harcowników ich „broni” w postaci łańcuchów, pałek i kijów bejsbolowych - z wyjątkiem butelek po piwie, bo te w znaczącej ilości roztrzaskiwane były o jezdnię.
Znamienne jest to, że ta cała heca zorganizowana została w czasie, gdy już wiadomo było, iż rząd zaakceptował 12 punktów porozumienia zawartego w Komisjii Trójstronnej, w tym z reprezentantami pracodawców i głównych związków zawodowych, OPZZ i Solidarności. Do porozumienia doszło między innymi w tak ważnych sprawach dla zapobiegania bezrobociu, jak liberalizacja kodeksu pracy, reforma płac i elastyczne rozliczanie czasu pracy. Godne pochwały jest to, że przynajmniej ci związkowcy zrozumieli, iż kryzys gospodarczy jaki ogarnął świat, w tym i Polskę, nie jest zawiniony przez polski rząd, lecz przez czynniki z poza naszego kraju, a zatem należy wspólnie działać w jego ograniczeniu. I tylko grupa permanentnych rozrabiaków grasujących po całej Polsce uznała, że kryzys gospodarczy to nie ich sprawa - i co smutniejsze - przy cichym, choć wyraźnym poparciu działaczy z PiS.
Chyba więc najwyższy już czas, aby wniesiony został do sejmu - i to najlepiej z inicjatywy społecznej - projekt ustawy zabraniający jakiegokolwiek finansowania związków zawodowych z budżetu państwa, w tym i wypłacania wysokich pensji tysięcom dygnitarzy związkowych, którzy uważają, że jeśli zechcą wydoić coś dla swojej organizacji z funduszów publicznych - wymuszą to na władzach siłą manifestacji lub strajków. Ustawa ta powinna również wprowadzić obowiązek pokrywanie z kas związkowych wszelkich strat poniesionych z tytułu tego rodzaju działań związkowców, łącznie z pokrywaniem kosztów zaangażowania służb porządkowych dla zapobieżenia zagrożeniom ze strony krewkich manifestantów lub strajkowiczów. Manifestacji i strajków nie można administracyjnie zabronić, ale ich pełne koszty powinni pokrywać związkowcy z własnej kieszeni. To z pewnością zastopuje ich zdziczałe już ambicje o ich ważności w społecznym i gospodarczym - a nie rzadko i politycznym - życiu kraju.
Oczywiście uchwaleniu takiej ustawy zaciekle sprzeciwiać się będzie opozycja, bo wszelkiego rodzaju akcje przeciw władzy - nawet wybranej przez większość społeczeństwa - leżą w jej interesie. A im te akcje są głośniejsze i brutalniejsze, tym dla nich lepiej, bo nie pozostają bez wpływu na zamieszanie społeczne, a więc i możliwą zmianę poglądów niektórych ludzi myślących kategoriami radykalnych działaczy związkowych.
Warto tu również przytoczyć wielce znacząca odpowiedź władz Warszawy na protesty mieszkańców, że pozwalają na organizowanie bezsensownych zadym, nie przynosących niczego więcej jak tylko zakłócenia porządku i starty dla miasta. Ta odpowiedź rzmiała: „Gdybyśmy zakazali nawet w pełni nieuzasadnionych i najbardziej dotkliwych dla nas związkowych manifestacji - opozycja natychmiast zarzuciłaby nam łamanie prawa i ograniczanie swobód obywatelskich, łącznie z zaskarżeniem nas do Trybunału Konstytucyjnego.” Dodam od siebie, że pewnie protestowałyby lewicowe organizacje na Zachodzie, Międzynarodowa Organizacja Pracy, sprawa zapewne traiłaby do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Bo dla opozycji nie ma znaczenia nawet największa szkodliwość nieuzasadnionych protestów, a liczy się tylko to, że ktoś zadziałał przeciwko władzy, którą oni utracili i którą chceliby znów zagarnąć.
Andrzej M. Trzos
Dodaj komentarz
• Ciekawy tekst. Robotnik, a zwlaszcza polski, zmitologizowany legenda solidarnosci chce zawsze tego samego: chleba i igrzysk. Przez protesty chca cos zyskac i triche porozrabiac. Taka juz natura. Nie zgadzam sie tylko z autorem, ze trzeba zabronic takich manifestacji. Zyjemy w demokracji i nawet prosty robol musi miec mozliwosc, aby sie wykrzyczec. Lepiej palic opony i puszczac petardy, niz palic samochody i bic przechodniow. Wiem cos na ten temat: przed laty bylem robotnikiem w jednym z wielkich zakladow przemyslowych w Polsce.
Friday, April 3, 2009 | poldek
• Nie doczytalem sie w powyzszym tekscie, zeby autor sugerowal zabraniania manifestacji. Nawet wyraznie stwierdza, ze manifestacji zabronic nie mozna, a jedynie sugeruje, zeby za straty wynikle z nadmiernej energii manifestantow zaplacily zwiazki zawodowe z wlasnej kasy, czyli bezposrednio z kieszeni zwiazkowcow. I ma w pelni racje. Nic tak nie uspokaja bitnych facetow jak uderzrzenie ich po ich wlasnej kieszeni. A juz z cala pewnoscia powinno sie skonczyc w naszym kraju dotowanie z panstwowej kasy darmozjadow z wladz zwiazkowych, ktorym chore ambicje lasuja mozgi, co objawia sie wymyslaniem kretynskich protestow.
Friday, April 3, 2009 | Marek
• Autor mze nie domaga sie tego doslownie, ale tesknote widac. Bo jezeli zabronimy takich rozrob - to jak mozna wyczytac - wszystkie lewicowe organizacje lewicowe Europy beda protestowac itd. Mysl jest wiec taka, ze nie zabraniamy, gdyz kazdy obywatel ma prawo do protestu, a tylko dlatego, ze bedzie potem duzo szumu. To niuans.
Friday, April 3, 2009 | poldek