Część pierwsza - rok 2005
Pamiętną wyborczą jesienią Roku Pańskiego 2005 w Polsce wyjątkowo bujne wyrosły krzewy malin, choć niezbyt obficie obrodziły w czerwone owoce. Co bardziej złośliwi anlitycy życia społecznego określili to jako widomy znak przyrody o nadejściu okresu niepowodzeń “czerwonych”, czyli lewicy politycznej. Mniej złośliwi, a myślący wnikliwiej - choć też wiarzący w prawidłowe reakcje środowiska naturalnego - uznali to za sygnał, iż nadchodzi czas gorzkiego wpuszczania się w bezowocne krzaki malin przez różne środowiska polityczne. A nawet i „wpuszczanie w maliny” całego polskiego społeczeństwa. Okazało się, że w tym sensie przyroda była nieomyłna, bowiem nastąpiło i jedno i drugie i trzecie.
Zacznijmy od tego, że mocno zachwiana w bycie lewica, szukając dla siebie jakieś politycznej podpory, podchwyciła pomysł obsady pałacu prezydenckiego i wpuściła w malinowy ogródek Włodzimierza Cimoszewicza. Ten początkowo raźnie i obiecująco pobuszował po malinowym buszu, ale całkowicie się w nim zaplątał. A to głównie z powodu cyferek, które wcześniej pomieszały mu się w zeznaniach podatkowych i sznureczków, za które pociągał i w które się w końcu wplątał na giełdzie finansowej. W efekcie W. Cimoszewicz definitywnie przeniósł się z ogródka do puszczy, gdzie podobno dzika zwierzyna była mu bardziej przyjazna niż ludzie - z wyjątkiem otoczenia pani prezydentowej Kwaśniewskiej i osobiście Tomasza Nałęcza, herbu “Jeleń”.
Z kolei zdecydowane wybicie się na czołowe pozycje i zawładnięcia ławami parlamentarnymi, zawładnęło dwiema partiami wywodzącymi się z politycznej prawicy. Tu wyraźne sugestie płynące z różnych rzekomo obiektywnych badań opinii publicznej, głosiły że te wybory wygra Platforma Obywatelska, co dodatkow uaktywniło Prawo i Sprawiedliwość do działań związanych także... z puszczaniem w maliny. Jeśli nawet hasło braci Kaczyńskich “prawo przeciw bezprawiu” okazałoby się do spełnienia w niedalekiej przyszłości, to głoszona “sprawiedliwość socjalna dla pokrzywdzonych”, w rzeczywistości gospodarczej naszego kraju była nie do spełnienia ani w najbliższej ani w dalszej przyszłości. Ale takie nośne obiecanki trafiły w pustawe głowy osób chętnych do korzystania z opiekuńczych skrzydełek państwa, co zdecydowało o wyniku wyborów parlamentarnych. W ten sposób w maliny wpuszczonych zostało ponad 26 procent polskich obywateli, którzy pofatygowali się do lokali wyborczych by zadecydować, że w sejmie i senacie zasiądą w większości ich pupilkowie, czyli przedstawiciele PiS.
Jeszcze bardziej aktywnie bliźniacy Kaczyńscy i ich przboczni gwardziści zabrali się do aktywizowania malinowego ogródka, gdy okazało się, że w pierwszej turze wyborów prezydenckich wygrał Tusk, a sondaże wciąż wskazywały na jego przewagę, także w turze drugiej. Bezpośrednimi ofiarami tej aktywności natychmiast stali się Andrzej Leppert - wódz wiejskiej i małomiasteczkowej Samoobrony oraz Ojciec Rydzyk - duchowy i finansowy przewodnik bractwa skrajnie katolickiego. Pierwszego skusiła naiwna wiara w pozyskanie profitów politycznych, a drugiego - naiwność w to, że bliźniacy Kaczyńscy glęboko wierzą w potrzebę przestrzegania dziesięciorga przykazań. Ale choć już od dawna wiadomo było, że nie wszystkich - to jednak A. Leppert i O. Rydzyk pogłębili w swoich poddanych i wyznawcach wiarę w socjalne obietnice PiS-u, jednocześnie przestrzegając przed liberalizmem PO i zaapelowali o wybór na stanowisko prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Na wszelki wypadek nieposłuszeństwa osób żywych wobec tej kandydatury, sztab wyborczy PiS-u wygrzebał z grobu przeciw Tuskowi jego nieboszczyka-dziadka, który podobno ochotnie wstąpił do Wehrmachtu, a o której to ochocie zaprzeczyły jednak dokumenty, po które zwrócono się aż do odnośnej instytucji w Berlinie. Ale pierwsza informacja zrobiła swoje.
I znów okazało się, że wbrew wszelkim medialnym przewidywaniom, o ostatecznym wyniku wyborów prezydenckich nie zdecydował zdrowy rozsądek zrównoważenia władzy i przekazania prezydentury drugiej, niemal równorzędnej co do znaczenia partii politycznej, ale gołosłowne obietnice socjalne. A kto głównie - wedlug ścisłych danych Państwowej Komisji Wyborczej - w to uwierzył?.. Ludzie o niskim wykształceniu i mocno zaawansowanym wieku, wegetujący na wsiach i w miasteczkach Wschodniej i Południowej Polski, renciści i emeryci, oraz te grupy i jednostki społeczne, które przebiegłością lub siłą wydusiły z państwa przywileje finansowe. Osoby z wyższym wykształceniem, ucząca się młodzież, inteligencja i ludzie zajmujący się biznesami, a więc podnoszące poziom intelektualny i techniczny państwa polskiego oraz przynoszące mu największy dochody - oddały głosy na Donalda Tuska. Nieszczęście w tych wyborach polegało na tym, że ci pierwsi jak zwykle gremialnie stawili się w lokalach wyborczych i oddaj śwój głos, podczas gdy ci drudzy, nie czując dla siebie i swojej rodziny zagrożenia socjalnego, zlekceważyli społeczny obowiązek czynnego udziału w wyborach. Otwarcie mówiąc: wyboru najwyższych władz w naszym kraju na najbliższe lata dokonali nie ci, którzy rozumieli i mieli na względzie dobro państwa, ale ci którzy dbali wyłącznie o swój własny interes, nie zdając sobie często sprawy z tego, co złego czynią temu państwu i jego całej społeczności. W sumie wybory parlamentarne i prezydenckie wygrało Prawo i Sprawiedliwość. Ale jedne i drugie - przegrała nie tylko Platforma Obywatelska, ale cała Polska.
Potem pazerna chęć zagarnięcia całej władzy przez braci Kaczyńskich - przed czym ostrzegali ludzie znający ich od dawna - udokumentowana została lawiranctwem przy tworzeniu rządu i wyborach władz sejmowych i senackich. Tu wyszło też na jaw usiłowanie wpuszczenia w maliny Platformy Obywatelskiej, proponując jej ochłapy władzy w zamian za pełną współodpowiedzialność w poczynaniach PiS w sferze gospodarczej i socjalnej, a nawet zapowiadanym, dość brutalnym rozliczeniem z przeszłością.
Ówczesne sondaże opinii publicznej wykazywały, że społeczeństwo polskie w ponad 78. procentach liczyło na obiecywane od lat wspólne rządy obu prawicowych partii, którym dało w sumie niemal identyczne poparcie w wyborach. I potem również przy tym samym poglądzie pozostawała większość Polaków. Dlaczego więc nie poddano się społecznej woli i nie zaistniały żadne szans, żeby ta wola została spełniona?.. W tym przypadku zdecydowała trawiąca polityków PiS choroba władzy, zwana “władzą nad państwem”, a nie “władzą państwową”. A jak to się skończyło - dobitnie wykazała historia.
Żeby rozładować raczej ponury nastrój Państwa po tych wyborczych przypomnieniach, pozwolę sobie przytoczyć tu anegdotę, która w odniesieniu do bliźniaków Kaczyńskich krążyła w Polsce po dwóch latach ich rządów:
„Historia o dwóch takich co ukradli księżyc jest wesołą bajką z przeszłości. Ale historia o dwóch takich co ukradli narodowi polskiemu w miarę powszechną zgodę i cień nadziei na szybki rozwój jego kraju - jest smutną prawdą dnia dzisiejszego.”
Andrzej M. Trzos