Kilkunastronicowy dokument Szczytu Londyńskiego pełen jest logicznych sprzeczności. Każdy w nim znajdzie coś dla siebie. Zwolennicy fiskalnego konserwatyzmu z Niemiec i Francji oraz nawiązujący do Keynes’a masowo wydający pieniądze Barack Obama. Wszyscy mogą być zadowoleni. Sarkozy z punktu 15 dokumentu końcowego zapowiadającego utworzenie ponadnarodowej instytucji obserwującej rynek finansowy i Obama za to, że Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy dostaną bilion dolarów na ratowanie światowej gospodarki. Amunicję do ręki otrzymali wszyscy uczestnicy spotkania.
Przed szczytem oczywistym były różnice między poszczególnymi uczestnikami wynikające także z naturalnych sprzeczności między gospodarkami wschodzącymi w Azji i starym oraz stetryczałem Zachodem. Biorąc pod uwagę, iż świat jest zbyt złożony, aby podczas jednego spotkania rozwiązać wszystkie problemy i stacje telewizyjne mogły podać receptę na kryzys, szczyt nie zakończył się klapą i z pewnością był sukcesem Baracka Obamy. Obama zrozumiał bowiem, że jako lider Wolnego Świata w tym skomplikowanym świecie, gdzie każdy broni swoich interesów działać trzeba bardzo ostrożnie i także przyjmować postulaty innych.
Szczyt w Londynie nie uzdrowi szybko sytuacji. Ta w gruncie rzeczy nie uległa zamianie. Banki nadal znajdują się w stanie zapaści. Wiele z nich nie ujawnia swoich złych aktywów. Kombinuje i niechętnie korzysta z pomocy rządowej. Droga do pokonania trudności będzie dokładnie taka jak pełne dziur jezdnie w Chicago, gdzie ostatnio kierowcy zamienili się w uczestników slalomu, a i tak nie wszystkie resory to wytrzymują.
Fatalnie jest także ze światowym handlem, co grozi klapą ekonomiczną we wszystkich krajach rozwijających się. Mimo to w ciągu ostatnich miesięcy przywódcy, którzy spotkali się w Londynie odbyli długą drogę i potrafili znaleźć wspólne punkty. Zgodzili się na zwiększenie wydatków na rzecz międzynarodowych organizacji finansowych i zrezygniowali z pokusy protekcjonizmu, co jest wielkim osiągnięciem. Przyjęli do wiadomości, że Ameryka nie poniesie wszystkich kosztów związanych z kryzysem i nie pokryje wszystkich wydatków jakie ponieść trzeba na zapewnienie bezpieczeństwa na świecie. Obama jednak postępował bardzo ostrożnie i w kilku mniej ważnych sprawach przyjął punkt widzenia swoich oponentów. Niczego nie narzucał, starał się podkreślać wspólny sukces wszystkich uczestników.
Szczyt w Londynie co najwyżej wskazał kierunki, w którym podążać będą największe gospodarki świata. Pewnie bez tego szczytu trudniej byłoby uzyskać tyle zbieżności pomiędzy największymi graczami na światowym rynku. Planety jeszcze nikt w Londynie nie uratował, ale pierwszy krok dla gospodarczego odrodzenia został zrobiony, chociażby dlatego, że się nie pokłócono i postanowiono działać wspólnie. Nie na wszystkich szczytach tak się kończyło.Bywało gorzej i to także jest osiągnięcie. Oczywiście dla tych, którzy nie oczekiwali zbyt wiele. Gospodarki na świecie, tak jak dróg w Chicago nikt bowiem szybko nie uzdrowi i trochę to potrwa.
Andrzej Jarmakowski