
Home
NewsOpinieAmerykaChicagoEkonomiaPoloniaSportKomunikatyGoracy tematRaport SpecjalnyHumorKulturain EnglishRozneWybory Multimedia
Galeria
Ogłoszenia
Schronisko Demokratyczne
Rafal Kulkin/Gazeta Wyborcza/Duzy Format|Tuesday, March 31, 2009
Stan gotowości bojowej SD ma osiągnąć za rok. Cel: wbić klin między Donalda i Lecha Przejąłem przedsiębiorstwo, zawarłem układ zbiorowy z pracownikami. Teraz muszę wprowadzić firmę na giełdę. Daję sobie 20 miesięcy - tak opowiada o swojej misji Paweł Piskorski. Co miała zrobić firma z tradycjami sięgającymi przedwojnia, z pokaźnym majątkiem, ale udziałem w rynku bliskim zera? Mogła dalej podnajmować tu i ówdzie trochę powierzchni biurowej i jakoś wychodzić na swoje. Niektórym udziałowcom nawet pasowało takie trwanie, ale większość marzyła o poważnym biznesie. Tylko jak wejść na konkurencyjny rynek opanowany przez rekiny? Samemu zafundować sobie rekina? Udziałowcy rozejrzeli się po sobie, ale przez lata poznali się zbyt dobrze, by żywić złudzenia, że jest między nimi odpowiedni kandydat. Poszukać fachowca na rynku? Tam był zawsze spory ruch, przy odrobinie szczęścia można znaleźć niezłego specjalistę. Kilka lat trwały puszukiwania. Kandydaci na menedżerów różni przychodzili, ale zawsze coś nie pasowało. Kaliber nie taki, dogadać się nie szło. Aż tu nagle olśnienie. Do wzięcia jest prawdziwy fachowiec - poobijany nieco, ale z najwyższej półki. Kiedyś zbudował podstawy firmy, która dziś ma połowę udziałów w ryn-ku. Czy to nie wystarczy za rekomendację? Tym rekinem jest właśnie Paweł Piskorski. Postawił twarde warunki - że bierze pełną władzę, że obsadza management swoimi ludźmi. Udziałowcy już czują, że jeśli firma wejdzie na giełdę, ich dywidenda nie będzie wysoka. Ale nie można być małostkowym. Najważniejsza jest firma. "Firmą" jest Stronnictwo Demokratyczne. A oto biznesplan Zrobić inwentaryzację majątku. Składa się nań 16 okazałych nieruchomości. Wyczyścić sporne kwestie własnościowe i... wszystko sprzedać. Pieniądze - może i kilkaset milionów złotych! - powędrują na fundusz wyborczy. To jedyne wyjście, bo dziś partia czerpie dochody z wynajmu, a na to nie zezwala prawo. Duże partie obecne w Sejmie żyją z dotacji budżetowych (PO dostaje co roku ok. 40 mln zł, PiS - 37 mln, SLD i PSL po ok. 15 mln). Przewietrzyć struktury - wprowadzić nowych ludzi, przyciągnąć znane nazwiska. Tegoroczne wybory do europarlamentu odpuścić. Za mało czasu. Stan gotowości bojowej SD ma osiągnąć w maju-czerwcu przyszłego roku, gdy ruszać będzie następna kampania wyborcza. Cel główny to jesienne wybory prezydenckie. Kandydatem SD ma być Andrzej Olechowski. Jego rola to wbić klin między Donalda Tuska a Lecha Kaczyńskiego. Wyszarpać mocne kilkanaście procent. Wypromować SD. Zresztą kto wie - jeśli kryzys sprawi, że rząd Tuska zacznie tracić popularność, to może Olechowski zagra o najwyższą stawkę? Kapitał z wyborów prezydenckich ma zaprocentować pół roku później, wiosną 2011, kiedy prawdopodobnie odbędą się wybory do parlamentu (termin konstytucyjny przypada na jesień, ale akurat wtedy trwać będzie polska prezydencja w Unii Europejskiej, należy więc przyspieszyć elekcję). Cel: 15 procent i 50 mandatów. Piskorski: - Chciałbym odtworzyć pozycję, jaką miała Unia Wolności pod Leszkiem Balcerowiczem w 1997 roku. Byliśmy wtedy usadowieni w liberalnym centrum, mieliśmy poparcie inteligencji i klasy średniej. Ale biznesplan Piskorskiego rodzi inne skojarzenia. To przecież Olechowski jesienią 2000 roku wbił w wyborach prezydenckich klin między Aleksandra Kwaśniewskiego i Mariana Krzaklewskiego. Chwilę później obok Donalda Tuska i Macieja Płażyńskiego ogłaszał już powstanie PO. Za plecami "trzech tenorów" pracowicie krzątał się czwarty, nieoficjalny tenor - Paweł Piskorski. Sukces organizacyjny PO był jego zasługą. Co jest grane Pałacyk stoi przy ul. Batorego, w samym centrum Krakowa, tuż przy Plantach. I robi wrażenie. Wykupiony w 1976 roku przez cechy rzemieślnicze Krakowa, w darze dla SD. - Wcześniej mieliśmy siedzibę na Brackiej, po Potockich - opowiada szef małopolskiego SD Stanisław Pilniakowski. - Hrabina Potocka wciąż mieszkała na piętrze i wywieszała z okna Matkę Boską. Potem budynek przekazano Towarzystwu Przyjaźni Polsko-Radzieckiej i musieliśmy się wyprowadzić. Pałacyk na Batorego też był zagrożony, gdy wpadł w oko radzieckiemu ambasadorowi. Chciał zrobić tu konsulat. Ale udało się obronić. Pilniakowski ma 65 lat, eleganckie maniery i talent gawędziarza. Oprowadza mnie po pokojach. Tu wystawa zdjęć i portretów historycznych przywódców SD, tam sala konferencyjna. W latach 80. bywali tu znamienici goście. Wizytę składał hrabia Otto Lambsdorff, szef zaprzyjaźnionej partii zachodnioniemieckich liberałów z FDP i minister gospodarki w rządzie federalnym. Wpadali też opozycyjni krakowscy liberałowie Mirosław Dzielski i Tadeusz Syryjczyk. - Kiedyś tu się toczyło prawdziwe życie. Na dole był bar. Najlepszy w Krakowie. Koniec, kropka! - wspomina gospodarz. Przechodzimy do gabinetu przewodniczącego. Ale to jeszcze nie koniec zwiedzania, bo można stąd przejść do kolejnego, ukrytego pokoju. Czy raczej - salonu. Zielone ściany, zabytkowe meble, obrazy, komfortowe kanapy. - To Klub Biznesmena. Został wyposażony przez zaprzyjaźnionych krakowskich przedsiębiorców, którzy się tutaj spotykają - informuje Pilniakowski. - Nie żal panu, że to wszystko pójdzie teraz pod młotek? - pytam. Mój rozmówca ucieka od odpowiedzi: - Jeszcze nic nie zostało postanowione. Od 20 lat Pilniakowski stoi na czele krakowskiego SD. A zapisał się jeszcze w 1970 roku. - Po studiach poszedłem do pracy w szkole. Sekretarz POP powiedział mi, że warto by zapisać się do partii. No to się zapisałem, do SD. I miałem święty spokój - wspomina. - Wielkiej polityki się nie robiło, ale można było załatwić wiele pożytecznych spraw. Taka quasi-partia, miała za to styl. Elegancki, typowo mieszczański. Od 1981 roku Pilniakowski jest we władzach krakowskich struktur, potem w krajowych. W 1999 zostanie na dwa lata posłem w klubie UW, która zaprosiła działaczy SD na swe listy. Mistrzem Pilniakowskiego, a z czasem przyjacielem był prof. Jan Janowski. Dla starych działaczy ten nieżyjący od dziesięciu lat polityk jest legendą. Gdy po wyborach w 1989 roku SD weszło w koalicję z "S", Janowski został wicepremierem w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. Pilniakowski: - Umierając, prof. Janowski prosił mnie, bym nie dał zniszczyć SD. Przestałem już w to wierzyć. Aż nagle zjawił się Paweł i obudził w nas nadzieje. Jeszcze niedawno życie partyjne na Batorego ograniczało się do cyklicznych wieczorków seniora. Teraz wraca prawdziwe życie. Przyjdzie szanowana pani doktor, by po 17 latach wrócić do SD. Radny PO z Tarnowa przyśle list z prośbą o przyjęcie, bo Platforma zrobiła się dla niego zanadto "radykalna i prawicowa". Sporo młodych ludzi przychodzi i pyta, co jest grane. - Mam poczucie, że spełniłem prośbę profesora. Teraz oddaję partię młodym - zapowiada Pilniakowski. I przedstawia "młodych". Dariusz Sitek ma 34 lata. Skończył ekonomię, teraz ją wykłada. Do SD zapisał się kilka lat temu, gdy partia była trupem. - Obok były siedziby PSL i PiS. Darek pomylił wejścia, ale jak już wszedł, to został - drwi Pilniakowski. Ale Sitek prostuje, że zapisał się z przekonania, bo SD to "jedyna stricte gospodarcza partia". Teraz jest w jej władzach krajowych. Maciej Stańczyk ma 29 lat. Po filozofii, prowadzi własną działalność. Był w PO, działał w młodzieżówce. Przyszedł za Piskorskim. - Paweł dbał o młodzieżówkę, a takich rzeczy się nie zapomina. W polityce ważna jest lojalność - deklaruje. Wierzy w liberalną gospodarkę, a "IPN, in vitro, aborcja i homoseksualiści to tematy zastępcze". Spis lojalnych i życzliwych Jedna z dziesiątek zapamiętanych opowieści przy kielichu Jana Himilsbacha jest o tym, jak został członkiem SD. A brzmiała ona mniej więcej tak: "Szedłem Rutkowskiego i strasznie chciało mi się lać. Patrzę, a tu jakiś urząd. Przy wejściu zaczepia mnie cieć. Pan do kogo? Do kibla. W porządku, ale wcześniej musi się pan zapisać do SD. No więc wypełniłem deklarację i poszedłem się odlać". Na Rutkowskiego (dziś Chmielnej) znajdowała się główna siedziba SD. Ale anegdota raczej nie jest prawdziwa, bo do Stronnictwa nie można było się tak łatwo zapisać. Procedury były rygorystyczne: osoby wprowadzające i dwuletni staż kandydacki. Te zasady zmieniono dopiero teraz, na żądanie Piskorskiego. "Układ zbiorowy" zawarty z liderami SD sprowadzał się do tego, że blisko połowa zarządu partii to jego ludzie, świeżo wprowadzeni. Mówi się o nich "piskorczycy" - oddani szefowi, lojalni. Jan Artymowski był szefem Stowarzyszenia Młodzi Demokraci (młodzieżówki PO) oraz radnym sejmiku wojewódzkiego. Maciej Białecki kierował w 2000 roku warszawską kampanią Andrzeja Olechowskiego, był radnym sejmiku i wiceburmistrzem dzielnicy Praga-Południe. Sławomir Potapowicz był radnym stolicy i województwa oraz wiceburmistrzem na Pradze. Do zarządu partii weszli też z namaszczenia Piskorskiego Andrzej Potocki (wieloletni poseł UW i rzecznik tej partii) oraz wzięty warszawski adwokat Robert Smoktunowicz. Do niedawna był senatorem PO, potem na krótko związał się z LiD-em. W Stronnictwie jest skarbnikiem. Ma dopilnować, by sprzedaż majątku przebiegła bez zarzutu. Dopiero co swoje przejście do SD ogłosił Krzysztof Pusz, działacz podziemnej "S" z Gdań-ska, minister w kancelarii prezydenckiej Wałęsy, ostatnio w Partii Demokratycznej. Zapewne już wkrótce pójdzie w jego ślady Bogdan Lis, legenda "S", teraz poseł PD. Bo Partia Demokratyczna - to przyznają prawie wszyscy jej działacze z dużymi nazwiskami - jest już trupem. Jeden z nich napisał mi w mailu: "Gdyby się PD z klasą rozwiązała, toby mi ulżyło". Czy można się więc dziwić, że tylu polityków z dawnej UW mówi o Piskorskim tak ciepło? Władysław Frasyniuk: - Pojawił się człowiek, który ma odwagę odwołać się do wartości liberalnych. A w Polsce być liberałem to tak jak być dzieciobójcą. - Zapisze się więc pan do SD? - Jestem ze starej gwardii, już nie pasuję do bieżącej polityki. Ale doradzam bardzo chętnie. I jak można się dowiedzieć, Frasyniuk jest doradcą Piskorskiego. Jeszcze osiem lat temu, gdy rozpadała się UW, Frasyniuk nie szczędził ostrych słów pod adresem secesjonistów. "Polityka to nie konkurs piękności i nie będzie się liczyła jędrność pośladków" - drwił z czołowych działaczy PO, czyli również Olechowskiego i Piskorskiego. Piskorski: - Władek walczył we Wrocławiu ze Schetyną, którego ja popierałem. Teraz Grzegorz już nas nie dzieli. Jan Lityński, dawny lider UW: - Tusk potraktował Pawła tak samo jak wcześniej nas. Urazy więc zniknęły. Jestem dziś w PD, Stronnictwu z życzliwością się przyglądam. Kto jeszcze "życzliwie się przygląda"? Najczęściej pada nazwisko Jerzego Hausnera, wicepremiera w rządach SLD, potem lidera PD. Hausner potwierdza, że z Piskorskim rozmawiał, ale interesuje go działalność "publiczna", a nie "partyjna". Jeden z liderów SD: - Do eurowyborów nic się nie wyklaruje, bo my nie wystawiamy swoich list, a wiele osób, z którymi Paweł rozmawia, będzie kandydować. Tacy politycy jak Dariusz Rosati czy Janusz Onyszkiewicz wystartują ze wspólnej listy SdPl i PD. Ale gwarantuję, że po wyborach będą z nami. Baza SD i epizody hańby W PRL nazywano ich "Stronnictwem Drżących". Przez dziesięciolecia robili za demokratyczny listek figowy pod butem PZPR. Fasadowy i niewiele znaczący. Miewało co prawda SD przypływy odwagi, jak po 13 grudnia '81, gdy grupa posłów z późniejszą premier Hanną Suchocką odmówiła poparcia dla stanu wojennego. Ale zdarzały się też epizody hańby. Jak w marcu 1968, gdy wydawany przez SD "Kurier Polski" włączył się w kampanię antysemicką. W oczach działaczy, który wytrwali w SD do dziś, sprawy mają się jednak zupełnie inaczej. Nie ma większej obelgi, niż nazwać ich "post-komunistami". Ci, co tak mówią, nie dostrzegają tego, co w dziejach tej partii najważniejsze. Czyli czego? A tego, że Stronnictwo tworzyli w 1937 roku ludzie z obozu piłsudczykowskiego, niektórzy z kartą legionową. Po śmierci Marszałka wystąpili przeciwko autorytarnym praktykom jego następców w obozie sanacji. Zwalczali też totalistyczne koncepcje endecji, wojowali z gettem ławkowym. Ojcowie założyciele SD z Mieczysławem Michałowiczem na czele byli wolnomyślicielami, należeli do lóż masońskich. Tego, że w czasie wojny Stronnictwo było częścią Polskiego Państwa Podziemnego. Że działaczem SD był Kazimierz Moczarski, który pracował w Biurze Informacji i Propagandy Komendy Głównej AK, a później zasłynął "Rozmowami z katem". I że kolejny z działaczy SD Eugeniusz Czarnowski został uprowadzony przez NKWD do Moskwy, gdzie sądzono go w procesie szesnastu. Tego, że przystąpienie SD do PKWN w 1944 roku było nielegalne, bo Wincenty Rzymowski, który złożył podpis, nie miał do tego mandatu. Tego, że przez cały okres PRL dobre intencje dołów niweczone były przez zwasalizowane kierownictwo. Symbolem podległości był Leon Chajn, przysłany z Moskwy działacz Związku Patriotów Polskich, którego skierowano do SD, by pilnował linii. Robił to aż do 1965 roku. Przed śmiercią zrzekł się legitymacji Stronnictwa, bo chciał umrzeć jako komunista. Tego, że Stronnictwo było schronieniem dla inteligencji i rzemiosła. Pierwsi szukali tu w miarę wolnej dyskusji, drudzy - ochrony przed władzą tępiącą wolną przedsiębiorczość. Nie brakowało napięć, bo inteligenci traktowali z góry "prywaciarzy" z ich bazarowymi budkami. Tego, że Stronnictwo w 1956 roku aktywnie włączyło się w popaździernikową odnowę, lansując wiele pomysłów demokratyzacji systemu. A na fali "Solidarności" w 1981 roku na kongresie SD sformułowano wizję Polski, która niemal co do joty pokrywała się z tym, co zbudowano po 1989 roku. Z nadrzędną rolą parlamentu, prezydentem, Trybunałem Konstytucyjnym. Gdzie do SD ówczesnej "Solidarności" z jej lewicowymi miazmatami z programu "Samorządna Rzeczpospolita"? Jednym z autorów tamtego programu SD był konstytucjonalista Piotr Winczorek, na którego powrót Piskorski bardzo teraz liczy. Tego, że SD była pierwszą zieloną partią. Postulaty ekologiczne zgłaszała jeszcze za Gierka. Tego, że SD pielęgnowało pamięć o Konstytucji 3 maja i to właśnie Stronnictwu zawdzięczamy wniosek o ustanowieniu tego dnia święta narodowego. Projekty zmiany nazwy z PRL na RP oraz ubrania orła w koronę to również inicjatywy poselskie SD. A wszystko dzięki temu, że po wyborach w 1989 roku ówczesny szef SD Jerzy Jóźwiak razem z prezesem ZSL Romanem Malinowskim opuścili PZPR i weszli w koalicję z "S", co pozwoliło przełamać monopol komunistów. Jóźwiak, jak przystało na szefa SD, nie był skłonny do desperackich uniesień. Wahał się, hamletyzował. Obdzwonił szefów wojewódzkich, a było ich aż 49. I od każdego usłyszał to samo: idź z Wałęsą. I nie szkodzi, że pod Mazowieckim SD robiło za "przystawkę". Liczy się to, jak ta nowa Polska się poczęła. Dlaczego więc potem było tak marnie? Rzemieślnicy mówią: - Bo w 1988 roku minister przemysłu Mieczysław Wilczek zniósł obligatoryjną przynależność do cechów rzemieślniczych. Rzemiosło rozproszyło się, a potem zostało pożarte przez wielki kapitał. Inteligenci: - W SD spotkali się ludzie o różnych przekonaniach, których łączyło odrzucenie doktryny komunistycznej. Tacy jak prof. Winczorek, Hanna Suchocka, prezydencki prawnik Wałęsy Lech Falandysz, marszałek Senatu z AWS Alicja Grześkowiak, Janusz Korwin-Mikke, a nawet radiomaryjny ideolog Jerzy Robert Nowak. Gdy po 1989 roku powstał normalny system polityczny, każdy poszedł w swoją stronę. W latach 80. należało do SD ponad 150 tys. ludzi. Dziś - już tylko 7 tys. Ale ta liczba znowu rośnie - wracają starzy członkowie, przychodzą nowi, wielu z PO. Paweł Piskorski pokazuje wyniki badań zamówionych przez SD. Aż 60 proc. Polaków wciąż kojarzy tę partię. Częściej pozytywnie, choć dominuje przekonanie, że od dawna już jej nie ma. Porachunki z Schetyną - Mój dziadek był rękawicznikiem w Warszawie. Powiedzieli mu, że zakład zostanie zlikwidowany, jeśli się gdzieś nie zapisze. No to zapisał się do SD - opowiada Paweł Piskorski. Rozmawiamy w siedzibie władz SD na Chmielnej, w najbardziej reprezentatywnym punkcie stolicy. Budynek wyceniono na 28 mln zł. Ogromne schody wiodą do przestronnego gabinetu. Dwa tysiące metrów kwadratowych powierzchni raczej niewykorzystane. W gmachu jest cicho i pusto. - Dzisiejsza PO i ta, którą budowaliśmy w 2001 roku, to dwie zupełnie różne partie - twierdzi Piskorski. - Donald stworzył formację prawicową z wątkiem liberalnym. A ja chcę partii liberalnej. Gospodarczo i światopoglądowo. Od razu rzuca się w oczy niechęć Piskorskiego do dawnych kolegów z PO. Wystarczy zresztą zajrzeć na blog szefa SD. Większość notek jest o Platformie. "W co gra Słońce Peru?" - pytał, gdy dziennikarze ujawnili, że premier w czasie głosowań sejmowych grał w piłkę. I odpowiedział: "Jeśli [Tusk] nie może być dobrym premierem, to może chociaż piłkarzem? Z nieoficjalnych informacji wiem, że marzeniem premiera jest zdobycie prestiżowej nagrody Złotej Piłki. Co prawda piłkarze nominowani do tej nagrody muszą grać w profesjonalnym klubie, ale i to nie będzie problemem. Przemianuje się Platformę Obywatelską na Platformę FC i sprawa załatwiona". Wystawienie do eurowyborów Mariana Krzaklewskiego skomentował: "Spoiwo ideowe PO nie istnieje. Dziś tę partię spina tylko władza". Najchętniej pisze jednak Piskorski o wicepremierze Grzegorzu Schetynie. Wtrącił swoje trzy grosze do afery Misiaka, pisząc, że podwykonawcą firmy senatora PO jest spółka, która należała niegdyś do żony Schetyny. W odpowiedzi Schetyna pogroził Piskorskiemu sądem. "Jeśli sąd zajmie się interesami i działania gospodarczymi rodziny Schetynów, może wyjść z tego naprawdę interesujący proces, w którym z przyjemnością wezmę udział" - odwinął się Piskorski. Członek władz SD: - Paweł ma obsesję na punkcie Schetyny. Powstaje wrażenie, że wykorzystuje SD do załatwiania porachunków. Tak to jednak bywa, gdy rozchodzą się drogi przyjaciół. Poznali się w latach 80. w Niezależnym Zrzeszeniu Studentów. 41-letni dziś Piskorski był gwiazdą warszawskiego NZS, uchodził za cudowne dziecko polityki. Niepozorny Schetyna zdobywał szlify w organizacji wrocławskiej. Przypadli sobie do gustu i później będą już grać razem. W KLD, potem w UW, w końcu w PO. Poprzednikiem Schetyny na stanowisku sekretarza generalnego PO (czyli pierwszego po Tusku) był Piskorski. Stopniowo popadał jednak w niełaskę. Jedni twierdzą, że był zagrożeniem dla szefa, więc podzielił los innych wypchniętych liderów - Olechowskiego, Płażyńskiego, Zyty Gilowskiej i Jana Rokity. Inni zaś uważają, że Piskorski psuł partii wizerunek. Bo ciągnęły się za nim niewyjaśnione sprawy. Nie umiał przekonująco wytłumaczyć, jak dorobił się milionowego majątku. Tłumaczenia, że grał na giełdzie i handlował antykami, nie trafiały do przekonania. Z kolei jako prezydent Warszawy (1999-2002) patronował środowisku samorządowców znanemu jako "układ warszawski", które znalazło się w centrum afery mostowej. Prasa pisała o wielkich przetargach ustawianych pod spółki związane z ludźmi PO. Choć Piskorskiemu wprost nie stawiano zarzutów, tracił wpływy w PO. W 2004 roku "zesłano" go do europarlamentu. A dwa lata później wyrzucono. Pretekstem była publikacja "Dzien-nika", w której opisano, jak państwo Piskorscy skupowali popegeerowskie ziemie, by dostać unijną dotację na zalesienie gruntów. To aż 320 hektarów za ponad milion złotych, których polityk nie wykazał w oświadczeniu majątkowym. Piskorski sugeruje, że za artykułem stał Schetyna. I dodaje, że wszystkie dochodzenia w jego sprawie zostały umorzone. Przewodniczący bezdomny Kamienica stoi przy ul. Świdnickiej, w centrum Wrocławia. Elewacji przydałaby się renowacja, ale gdy wejdzie się do bramy i minie brzydkie okno kantoru wymiany walut, widok klatki schodowej może oszołomić. Piękne zdobione schody, malowidła ścienne, stiuki. Kamienicę zbudowano w 1868 roku. Należała do rodziny niemieckich przedsiębiorców. W czasie wojny zniszczona. Władza ludowa przekazała ruinę SD. Uczniowie cechów rzemieślniczych odbywali tu praktyki i tym sposobem za psi grosz udało się ją odbudować. Goście szefa dolnośląskiego SD Lesława Lecha mogą zobaczyć, jak wyglądał wrocławski gabinet z lat 20. Bogato rzeźbiona szafa, wielkie biurko, stojący zegar. W latach 60. Lech studiował historię, działał w ZSP, buntował się w Marcu '68. A po studiach zapisał się do SD - bo jest katolikiem. W latach 80. Lech jako wiceszef Wojewódzkiej Rady Narodowej brał udział w potyczkach z PZPR. O to, by obok dworca był sklep z wyrobami rzemieślniczymi (nie udało się). O to, by zlikwidować hutę Siechnica, bo truła na potęgę (udało się). Wreszcie o założenie Towarzystwa Miłośników Lwowa. Gdy powstało, wściekły sekretarz KW PZPR zaryczał: "To może koło przyjaciół Katynia teraz zrobicie?". Ale najwięcej sentymentu ma przewodniczący Lech do obchodów 3 Maja. Zbierali się w auli uniwersyteckiej, w togach, ze sztandarami. Najpierw referat, potem część artystyczna. Półtorej, czasem dwie godziny zakazanego na co dzień patriotyzmu. W wolnej Polsce tradycja umarła: - Pojawiły się długie weekendy i ludzie stracili zainteresowanie. W 1989 roku Lesław Lech został posłem, był szefem klubu SD. Czasy najnowsze to dla partii pasmo klęsk: - Brak lidera, brak koncepcji, siermiężne kampanie. I dlatego Lech poparł Pawła Piskorskiego. Mimo że straci znacznie więcej niż jego koledzy - dach nad głową. Szef wrocławskiej SD mieszka w kamienicy przy ul. Świdnickiej. Na pytanie o sprzedaż budynku markotnieje i odwraca głowę. Do trzech razy sztuka? Piskorski to nie pierwszy lider SD z importu. Najpierw był Andrzej Arendarski. Działacz opozycji, wiceszef KLD i minister w rządzie Suchockiej. Od lat kieruje Krajową Izbą Gospodarczą. W 2002 roku został wybrany na szefa SD. Miał wydobyć partię z marazmu, ale poległ. Arendarski: - To nie partia, tylko klub towarzyski. Siedzieli przy herbacie i pączkach, wspominając dawne czasy. Tylko przeszłość ich łączy. Poglądy od Sasa do Lasa. Kraków jest konserwatywny, gdzie indziej raczej lewicowo. Ale zdarzały się i sympatie lepperowskie, słyszałem nawet gadanie o Żydach i Niemcach. - Próbowałem - kontynuuje Arendarski - odbudować związki z biznesem, obniżyć średnią wieku przez wprowadzenie nowych ludzi. Ale ci starzy ich odstraszali. "Starzy" widzą to inaczej: - Arendarski nieźle zaczął, potem gasł w oczach. Nie miał energii, polityk z niego żaden. Potem prowadzono rozmowy z szefem Business Centre Club Markiem Goliszewskim. Pilniakowski: - Narzeczeństwo trwało półtora roku, ale nie doszło do ślubu. Goliszewski robił dobre wrażenie, ale chciał zbyt wielkich uprawnień. Podziękowaliśmy mu. Za to gdy zjawił się Piskorski i zażądał jeszcze większej władzy, dostał, czego chciał. Na lutowym kongresie 97 delegatów na niego zagłosowało, a tylko czterech było przeciw. Bo Piskorski to polityk pełnokrwisty. A i nie bez znaczenia była jego zapowiedź, że funkcję partyjną, w przeciwieństwie do Goliszewskiego, pełnić będzie społecznie. Z czego będzie żył, skoro za chwilę skończy mu się mandat europosła? - Z oszczędności i działalności rolnej - zapowiada. Propozycja z samolotu Gdyby nie przyszedł Piskorski, szefem SD zostałby pewnie Jan Klimek ze Śląska. Rozmawiamy w Warszawie, w siedzibie Związku Rzemiosła Polskiego. Klimek jest wiceszefem ZRP. Cukiernik z dziada pradziada. Piekarnię w Chełmie Śląskim przejął po ojcu. Jako młody chłopak był wicemistrzem Europy cukierników. Przeszedł wszystkie szczeble - od ucznia, przez czeladnika, po mistrza. Ale i studiował ekonomię. Dziś jest profesorem na SGH. Cukiernię prowadzi żona. - Mówi się, że jestem atrakcyjnym facetem, bo nie przyszedłem znikąd. Do wszystkiego dochodziłem sam. Funkcje w SD i ZRP sprawuję społecznie, bo mam z czego żyć - opowiada. W 1984 roku 32-letni Klimek zostaje radnym w Mysłowicach. Wszedł jako bezpartyjny, po czym zapisał się do SD. I tak już zostało. W 1997 roku załatwił sobie miejsce na liście wyborczej AWS, ale gdy jego partia zawarła sojusz z UW, przesiadł się na listę Unii. I wszedł do Sejmu. Gdy Unia się rozpadała, Klimek, wówczas już szef SD, wykonał ruch w lewo. Związał Stronnictwo z SLD i w 2001 roku znów został posłem. - Teraz mamy szansę wrócić - twierdzi Klimek. - Nie ma w Polsce partii dbającej o drobną przedsiębiorczość. PiS w ogóle nie lubi przedsiębiorców, a PO woli wielki biznes. Gdybyśmy tak mieli choć 15 posłów... Albo nawet i ministra! Skoro we Włoszech jest minister rzemiosła, to dlaczego nie u nas? Bo rzemiosło, dowodzi Klimek, wciąż w Polsce istnieje. W samych cechach fryzjerskich jest 90 tys. uczniów. Niewiele mniej przyszłych mechaników, cukierników, piekarzy i wędliniarzy. Ale niektóre branże już odchodzą. Na szewców uczy się w Polsce dwóch adeptów, na kominiarzy - ośmiu, a na młynarzy - pięciu. Zegarmistrza ani jednego. - Bo i po co, jak robota zegarmistrza sprowadza się do wymiany baterii? Poker polityczny Lesław Lech: - Zdecydowaliśmy się na zagrywkę pokerową. Jeśli Piskorski sprzeda cały majątek i utopi pieniądze w przegranej kampanii, nastąpi koniec SD. Jednak wierzę, że mu się uda. - Ale ludzie sprowadzeni przez Piskorskiego was przykryją - zauważam. - Nie żal panu? - Byłoby mi żal, gdybyśmy zmienili nazwę. Stanisław Pilniakowski: - Będę szczęśliwy, jak siedząc z wnukami przeczytam w gazecie o inicjatywach posłów SD. ¬ródło: Duży Format wyborcza.pl/1,75480,6436745,Schronisko_Demokratyczne.html
Dodaj komentarz
• Jestem ze Schroniska Demokratycznego od 1970 roku! Do SD wstąpiłem z przekonania, by tworzyć opozycję wobec "jedynie słusznej władzy" PZPR w Gdańsku. Kosztowało mnie to dwóch dyrektorskich stołków z racji poglądów politycznych! Ale tego wcale nie żałuję, gdyż "realizowałem" się w tworzeniu Spółek Prawa Handlowego po upadku "komuny". Byłem także w okresie Przewodnictwa SD przez Prezesa KIG Andrzeja Arendarskiego członkiem Prezydium Rady Naczelnej SD. Choć trwaliśmy w "letargu i hibernacji" w oczekiwaniu na dynamicznego przywódcę, mam nadzieję, że ziściły się takie prognozy pod kierownictwem Pawła Piskorskiego. Choc nie należę do "Piskorczyków", życzę temu ambitnemu - w dobrym tego słowa znaczeniu - politykowi spełnienia marzeń o wprowadzenie SD na scenę polityczną w Polsce z sukcesywnym wzrostem znaczenia tego ugrupowania politycznego - dotychczas mocno posponowanego. Jestem dumny z bycia członkiem SD, mimo zaliczania go do trupa politycznego. Mam nadzieję, że SD "z martwych wstanie"!
Friday, April 17, 2009 | Stefan
Wspomóż nasza działalnosć i fundusz Progress For Poland - Chase Bank # 793762493

