Ogłoszenia | Powiadom innych o tej stronie   Imieniny: Joanny, Zdenka, Zuzanny
Home NewsOpinieAmerykaChicagoEkonomiaPoloniaSportKomunikatyGoracy tematRaport SpecjalnyHumorKulturain EnglishRozneWybory Multimedia Galeria Ogłoszenia

Pretensje do Amerykanów

Marian Bagiński|Wednesday, September 2, 2009

Wybory
  Wiele różnych polonijnych organizacji, poszczególnych osób, jak też poważnych instytucji polsko-amerykańskich, nie mówiąc już o internautach, domorosłych komentatorach, czy niektórych, z Bożej łaski dziennikarzy, robią wiele, by zrazić do nas Demokratyczną Administrację Obamy w Washington.

  Szczególnie  krytyczne  wypowiedzi nasiliły się w związku z tragiczną rocznicą 70-lecia  rozpoczęcia II Wojny Światowej. Nie trzeba dodawać, że brak rzeczywistych sojuszników, stawia państwo o takim położeniu geopolitycznym jak Polska, w niekorzystnej sytuacji. I nie zmienia tego fakt, że zagrożenie w 1939 r. miało wymiar aż nadto realny, a dzisiejsze jest, na razie, jedynie hipotetyczne.    Trzeba przyznać, że kilka poprzednich, jak też obecna rządząca ekipa,

zrobiły wiele, by zapewnić Polsce nie tylko sojusznicze wsparcie jedynego ważnego mocarstwa zachodniego, czyli Stanów Zjednoczonych, ale publicznie manifestowano życzliwość w najróżniejszy sposób, od wysłania wojsk na rózne misje, po przez pomoc w wywiadzie, special forces, prawdopodobnie z więzieniami włącznie. Zarówno w Posce, jak i na emigracji zdajemy sobie sprawę, że nowa rządząca ekipa w Washington odziedziczyła po Adminsitracji G. Busha  mnóstwo  najróżniejszych palących problemów.

 Jednocześnie  polscy krytycy  amerykańskiej administracji nie zdają sobie sprawy ze sposobu działania tejże Administracji.

 Jest to administracja specialistów, biurokratów, jak też wybiórczych pragmatystów, którzy w USA zajęci są reformą ubezpieczeń społecznych, tragicznym kryzysem gospodarczym, spadającą popularnością Obamy (45%) - to wystarczy, aby zrozumieć ociąganie się, w znalezieniu odpowiednich osób w reprezentacji, na obchody  1-go września na Westterplatte.

 Nie wspominam o arenie międzynarodowej, o traceniu wpływów (za amerykańskie długi w Chinach) w Afryce. A prawdziwym  koszmarem jest dla części amerykańskiej administracji, perspetywa  utraty monopolu nuklearnego na Bliskim Wschodzie, przez Israel, jak też realność gospodarcza zagrożenia Chin, nie mówiąc już o militarnej, czy fiasko polityki gruzińskiej.

Nowy reset-button w polityce z Rosją, która jest obecnie dość nieobliczalna i nie bardzo przewidywalna, jak też ostanie umizgi Israela do Rosji czy Chin po przez kontrakty wojskowe na  najnowszą broń. Mogę jeszcze wspomnieć wysoką umiejętność korzystania z technik socio-społecznych, oddziaływania na opinię publiczną, czy też dyplomatyczny sposób okazania niechęci, to może być bardziej zrozumiały

spektakl odkładania decyzji o składzie delegacji amerykańskiej na rocznicowe obchody na Westerplatte.

Dla niewtajemniczonych, Rohm Emmanuel - Szef Urzedników Białego Domu jest o wiele lepiej poinformowany o sprawach polskich, niż ktokolwiek inny, w kołach administracji waszyngtońskiej. Co ciekawe to to, że  puszczono w obieg  informację, że na czele delegacji stanie ktoś zupełnie bez znaczenia w obecnej administracji. Ostatecznie cały spektakl zakończył się stosunkowo poprawnie, chociaż o wysłaniu urzędnika za granicę można postanowić o wiele sprawniej na pierwszy rzut oka.W końcu, decyzję o wyjeździe Generała Szefa Bezpieczeństwa Narodowego ogłoszono w ostatniej chwili, zmuszając polskich polityków i dyplomatów do wielokrotnego ponawiania wystąpień do władz amerykańskich. Dlaczego? Czy tylko palące zajęcia i „nadmiar” pracy Administracji?

 

  Ociąganie się, jak też skład delegacji amerykańskiej jest wyraźną próbą upokorzenia polskich gospodarzy. Spowodowane serią niefortunnych gestów Polski pod adresem USA, które, oby były, tylko błędami bez konsekwencji.

 Trzeba jednoznacznie stwierdzić, że obecnie USA są jedynym państwem zdolnym do realnego wsparcia naszego bezpieczeństwa – i jeszcze do niedawna skłonnym, dać temu wyraz w postaci stałej obecności wojskowej w Polsce. W wypadku zagrożenia ze Wschodu nie możemy liczyć na aktywność Niemiec czy Francji, czego dowodem jest ich całkowity brak zainteresowania kwestią naszego bezpieczeństwa energetycznego.

 Polska, z militarnego punktu widzenia  nie ma wiele do zaoferowania, stąd też musi długo i usilnie budować bliskie relacje z supermocarstwem, o którego uwagę zabiega wiele innych  krajów świata. Musi długo i konsekwentnie budować obraz kraju gotowego do działań sojuszniczych na swoją skalę, jeśli chce mieć nadzieję na amerykańskie działania sojusznicze. Gdy sojusznik prosi nas o pomoc, odpowiedzią nie powinno być pytanie, co za to dostaniemy, lecz świadomość, że bliska współpraca z supermocarstwem jest wartością bezcenną teraz i na przyszłość. Nie znaczy to wcale, że będziemy „nagrodzeni” za naszą pomoc.

Udział Polski w pokojowych misjach na Bałkanach, Congo (400 osób), Afganistan (2000 żołnierzy), nie wspominam o specjalistycznych jednostkach, które nie tylko są instruktorami dla Afgańczyków, ale i dla Amerykanów.

  Godnym podkreślenia, jest udział Polski  we współdziałaniu w Iraku z wojskami amerykańskimi.

Stąd też wydaje się nieporozumieniem, że nie mamy żadnych interesów globalnych, a nasze wojska nie powinny opuszczać terytorium Polski. Jeżeli budujemy nasze bezpieczeństwo na fundamencie współpracy międzynarodowej, to musimy być gotowi na wynikające z tego powinności, a nie tylko liczyć na korzyści.

Mimo ograniczonych środków, jakie postawiliśmy do dyspozycji wojsk sojuszniczych, nasza determinacja została w Waszyngtonie dostrzeżona. Kontakty dwustronne były intensywne i nie jest winą władz amerykańskich, że nie potrafiliśmy tego wykorzystać.  Dość iluzoryczne wydawało się domaganie bezwizowego  wjazdu Polaków do USA. Tego typu akcje powinny byc raczej organizowane „oddolnie", a nie poruszane przez dyplomatów na  najwyższym szczeblu, tylko po to, aby zyskać poklask u miejscowych?

Łatwo się domyślić, komu nie odpowiadało zbliżenie Polski i USA i kto nadzwyczaj się ucieszył z wyjścia Polski z Iraku tuż przed tym, gdy można było to zrobić w poczuciu sukcesu. Co więcej, już wtedy pojawił się element znacznie gorzej wróżący naszym stosunkom z Ameryką, niż samo opuszczenie Iraku.

 Wyjście polskich wojsk z Iraku  miało być uzgodnione ze Stanami Zjednoczonymi. W rzeczywistości Polski minister obrony zakomunikował tylko swemu amerykańskiemu odpowiednikowi jednostronną decyzję. Taki sposób postępowania, jest dość arogancki, a pamiętajmy, niektórzy ludzie amerykańskiej administracji są pamiętliwi, odebrali to jako policzek nic nie mówiąc, ale zakodowali  zajście. Według nich, tak  nie działają sojusznicy. Kwestia zufania jest czasem ważniejsza od rezultatu i wkładu wysiłku.

Historia z tarczą i samoloty F-16

 Jest wiele nieporozumień, gdy idzie o kwestię tarczy, którą Waszyngton traktował jako istotny element systemu bezpieczeństwa państwa, może karty przetargowej z Rosją, my uznaliśmy prośbę Amerykanów za znakomitą okazję do okazania im swojej wyższości i możliwosci zarobienia pieniędzy, bez żadnej finezji.

Można jeszcze zrozumieć, że dla zaspokojenia ambicji, za żądaliśmy zbędnych, w tak małej liczbie, patriotów. Jest kwestią zupełnie sporną czy premier polskiego rządu naprawdę musiał swoje negatywne stanowisko ogłosić akurat w dniu 4-tego lipca, narodowego święta niepodległości USA? Czasmi nieważne jest co powiedział, ale kiedy powiedział. Mówiąc o tym w dniu Niepodległości USA, być może Premier chciał powiedzieć, że Polaków nie interesuje Niepodleglość USA? Wiadomo, że kwestia tarczy jest publiczną rozgrywką między USA a Rosją. Doświadczeni dyplomaci obserwują co robią ich adwersarze i właczają się w odpowiednim czasie. Minister Spraw Zagranicznych Radosław Sikorski pracował przecież w AEI w USA, powinien wiedzieć jak działają machiny administracji Washington, a jednocześnie powinien wiedzieć o nieprzeciętnej presji, jaką wywiera lobby na zagraniczną politykę amerykańską. Mechanizm dzialania lobby w USA, jak też współzależność działania  innych grup nacisku nie są nawet dokładnie znane polskim amerykanistom, ale Radosław Sikorski  powinien znać niuanse tego działania.

 Nie chcę wspomiać, że na całym świecie uznanym jest, że teksty publikowane przez urzędników państwowych mają przyzwolenie i reprezentują przełożonych. Nie zdajecie sobie państwo sprawy, jak w Waszyngtonie analizuje się poszczególne wydawane teksty, nawet artykuły naukowe, oświadczenia innych rządów. Analitycy potrafią interpretować takie wystąpienia i wyciągać wnioski, nawet tylko ukrycie zamierzone przez wydawców.  Nie jest zadziwiające, że w ostatnich dyskusjach na temat tarczy, nie tylko nie wspominano już o jej lokalizacji w Polsce, ale wręcz podkreślano, że powodem zmiany jest troska o dobre stosunki z Rosją. Kwestia zakupu samolotów jest dość kontrowersyjna z polskiego punktu widzenia. Z amerykańskiego jest dość ewidentna i nie ma w tym żadnych palących kwestii. Tymczasem, Polacy są niezadowoleni, nie rozróżniając finansowego interesu od korzysci dyplomatycznych.

Amerykańscy dyplomaci rozumieją też, że nieprzystąpienie do ratyfikacji podpisanej umowy międzynarodowej oznacza brak elementarnego szacunku dla partnera. Administracja amerykańska ma pełne prawo czuć się dotkniętą postępowaniem polskich władz. Naiwnością byłoby sądzić, że nowa ekipa uzna to za policzek dla poprzedniej. Specyfiką polityki amerykanskiej jest „kłótnia” w czasie kampanii wyborczej, tak jak adwokaci kłócą się w czasie rozprawy sądowej, ale po jej zakończeniu sa przyjaciółmi, i obraza poprzedniego jest tak traktowana  jak obraza  aktualnego, co namacalnie widzieliśmy w nominacji Hilary Clinton na Sekretarza Stanu USA.

 Z resztą wiele pozycji w administracji na poziomie decydenckim (middle management)  nie zmienia się z nastaniem nowej administracji, po wyborach.

 Czy jest naprawdę, aż tak trudno rozeznać sposób działania admistracji waszyngtońskiej, jak się ma wielu ludzi polskiego pochodzenia  pracujących na uniwersytetach, nieraz szczątkowo zatrudnionych w administracji, jak też dostęp do najróżniejszych raportów i opracowań.

 Czasem popełnia się „fuax pas” w polityce bezwiednie, ale ostatni krytyczny raport o amerykańskiej polityce w stosunku do Polski  był tego przeciwieństwem. Coś takiego może zrobić dziennikarz, jakiś naukowiec uzasadniając naukową literaturą, ale nie może pod tym podpisywać się głowa danego państwa, jak to zrobił Kaczyński.

  Dla  mieszkająch w USA, jest rzeczą normalną krytykować własnych polityków, znoszą oni despekty ze strony własnych obywateli czy komentatorów politycznych: wolność słowa jest wartością samą w sobie i służy wymianie poglądów zgodnie z partyjną przynależnością, lub innymi politycznymi zapatrywaniami.  Zupełnie inne kryteria są stosowane do krytyków z państw sojuszniczych (z wyjątkiem może Israela). Krytyka jest odbierana jako disrespekt do USA, a nie do poszczególnego przedstawiciela Administracji. Niekorzystną dla Polski wymowę tego dokumentu, znacznie wzmocniło dołączenie podpisu prezydenta Lecha Kaczyńskiego, co było nie tylko nie na miejscu, ale dało pretekst administracji  do ochłodzenia stosunków, jak też wycofywania się z projektu tarczy.

Rzecz bowiem nie w tym, że w owym liście były pozory słuszności, czy ona sama, lecz w niezwykłej pewności siebie, która pozwoliła wystąpić z grupowym  niezadowoleniem  pod adresem urzędującego prezydenta mocarstwa – w jego stolicy. W tym momencie aż się pcha na usta stare przysłowie „Quid quid agis prudenter agas and respice finem” (Cokolwiek czynisz czyń to roztropnie i patrz na koniec). Jest niesposób nie wspomnieć, że trzeba poznać nie tylko naszego przeciwnika, ale też sposób rozumowania naszego partnera  (jeśli możemy się uważać za parnerów dla USA). Obojętnie, tak czy nie, należy znać sposób reagowania i myślenia. A tego nam brakuje jeśli idzie o USA. Wydaje nam się, że mamy wrażenie, że rozumiemy, ale w rzeczywistości, to nie bardzo odczytujemy sposoby zachowania USA, jak widać z ostatnich reakcji administracji  USA i polskich akcji dyplomatycznych.

 

 Nasi  sojusznicy

 Administracja  USA pokazując pozorowany brak zainteresowania największym od lat wydarzeniem międzynarodowym w Polsce, wyraźnie okazała zniecierpliwienie lekceważącymi gestami polskiej strony. Nie łudźmy się: Lobby miało coś do powiedzenia, gdy idzie o sposób ogłaszania składu amerykańskiej delegacji na uroczystości na Westerplatte. Było to poważne ostrzeżenie, z jednej strony pewnych dyplomatycznych kół waszyngtońskich, a jednocześnie wskazywałoby na zmianę sposobu myślenia w amerykańskiej dyplomacji.

 Jak należy rozumieć to  poważne ostrzeżenie: jeżeli zależy nam na bliskiej współpracy ze Stanami Zjednoczonymi, musimy zachowywać się jak dbający o dobro swoje i innych sojusznik.  Amerykanie, może chcą nas też widzieć jako pomost do dalszego zrozumienia zachowań Rosji i lepszej współpracy, jako drogi do” reset button” polityki amerykańskiej w stosunku do Rosji, a nie kontynułowania pozorów lub rzeczywistości mentalności jałtańskiej.  Zapewne to co było tragiczne dla II-Rzeczypospolitej, to nie tylko data 1-go wrzesnia 1939, ale też 17-ty września 1939. Obie daty są wynikiem działania naszych sąsiadów. Należy cieszyć się, z oby, trwałej i rzeczywistej, zmiany stosunku Rosji do Polski, nie można jednak zapominać o priorytetach naszego bezpieczeństwa i o lekcjach historii.   Sprawa Niemiec, jest o tyle jaśniejsza, że struktury NATO dają nam jakąś pewność, przynajmniej na dzsiaj i na najbliższą przyszłość.

 Nie zapominajmy jednak, że to co kiedyś chciano osiągnąć za pomocą przymusu i wojennych działań, teraz osiaga się  przy pomocy gazowego zawora lub zniszczeniem rodzimego przemysłu i zbudowaniem trwałego rynku zbytu dla innych, na naszym terenie.

Marian Bagiński

www.internationalresearchcenter.org

Dodaj komentarz
Wpisz treść komentarza:

Podpisz się:

•  Każdy kraj ma inne problemy i inne widzenie własnej im cudzej historii . Jedni traktują ją jak kamień wiszący u szyji topielca , a inni jak komiks. Polacy mają własną wizję. Pozwólmy innym mieć własną. Co do tej aksjologii , na która powołuje się Jarosław Kaczyński, to jest to w jego przypadku szczyt obłudy, ponieważ "dwaj panowie co ukradli księżyc" przy okazji przywłaszczyli sobie prawo do oceny innych według własnego rozumienia zasad jak aksjologia narzuca.
Wednesday, September 2, 2009 | Natali

•  Radosc polityczna jest jak kamien ktory wrzucony do wody zatacza coraz to wieksze kregi. Aby poznac faktyczna wartosc naszej i cudzej historii to nalezy zbierac wszystkie chwile te radosne i te ktore sa chwila szczescia rownoczesnie nalezy pamietac tez o tych, zlych, okrutnych, podlych ktore tylko niszcza czlowieka. To nie swiat idzie do przodu tylko czas na nikogo nie czeka.
Wednesday, September 2, 2009 | Weteran z Kongresu

•  Picu picu moj dziedzicu...Elaborat Pana jest super dlugi, zawily, dla Polakow surowy w swoim tonie, pouczajacy niby ucznia w szkole, nawet jakby piornikiem po lapach. Tak nie nalezy uczyc lekcji dobrego zachowania przcietnego Polaka, bo niejeden Polak moglby raczej pouczyc historii studentow w USA, ktorzy w czasie sondazu na terenie uniwersyteckim, pytani przez polskich dziennikarzy o Wrzesniu 1939r. nie mieli pojecia gdzie Polska leży, co to za kraj i o jakiej agresji jest mowa. Dla USA Polska jest potrzebna w czasie jej wojen z "terrorystami". Polacy walczyli i walcza do dnia dzisiejszego. I co maja za to?...Stare nie funkcjonujace F-16. odmowa "Patriotow" oraz wizowy, zabroniony wjazd do USA. Prosze mi wierzyc - USA ma Polske w "dupie". Rosja byla wrogiem jeszcze dwa miesiace temu, dzisiaj USA rozmawia jak przyjaciel z Miedwiediewem. Jednoczesnie USA otacza Rosje w kolo bazami wojskowymi. Taka jest prawda. Czy chodzi o anksje Rosji, o jej Tablice Mendelejewa?... A po co "sojusznik" USA Peres robi Obamie dywersyjna robote, rozmawiajac potajemnie z Rosja? Czy za to, ze USA wydaje zydom 10 miliardow rocznie? Krotko!...Polacy maja dosc falszywego przyjaciela. Taka jest prawda. C'est la Vie!...Obudz sie Pan...Panie Marianie, pozdrawiam..
Thursday, September 3, 2009 | Remigiusz Adam T.

•  Remigiuszu.. obudzilem sie dawno ... NA kazdego Israelczyka placimy okolo $24000.00 rocznie , a na Palestynczyka $142.00. Kiedys juz pisalem o 2-giej Jalcie Rosjii i USA . Cel tej wypowiedzi to - finezja w polityce i rozgrywanie "polityki" na poziomie osobowym. A zwykle najwazniejsze zdanie jest ostatnie o "wojnie' ekonomicznej, ktora teraz jest bardzo popularna.
Thursday, September 3, 2009 | Marian B.

•  Zgadzam sie z autorem Marianen Baginskim w kazdym zdaniu, a zwlaszcza: "Kwestia zufania jest czasem ważniejsza od rezultatu i wkładu wysiłku." Wielu polakow na emigracji ma zakodowane jedno: wszystkiemu jest winny zyd. Takie myslenie nas nie tylko poniza, ale nas oddala od najwiekszego sojusznika, czyli USA. Lobbisci zydowscy uzyskali poparcie w rzadzie USA poprzez wieloletnie "trabienie" o wlasnej racji. To nigdy nie byla wyzszosc wolowiny nad wieprzowina. Problem polski polega na tym, ze Polacy twierdza, ze sa tymi wybranymi, szukajac potwierdzenia w kosciele. Jest prawda, ze USA jest przesiakniete wiara w kosciol. Prawda jest rowniez, ze coraz wiecej ludzi odchodzi (zwlaszcza mlodych) od kosciola = hipokryzja. Polska nigdy nie zdobedzie takiego poparcia w rzadach (kongres, sejm, bialy dom), jak lobby zydowskie, trabiac naokolo, ze my potrafimy nienawidziec inne narody czy rasy ludzkie. Nienawisc Nas nigdy nie doprowadzi do sukcesu. Pozdrawiam.
Monday, September 7, 2009 | Kaziu

•   Mowiono na tym portalu o GAn Ganowiczu. Ciekawa postac oto dodatkowe informacje The story of Rafal Gan-Ganowicz, a Polish anti-communist fighter who fought the communists in many countries during the Cold War and helped prevent genocide in places like the Cong PAPERS & STUDIES Publication Date: May 1, 2009 In this essay, published originally in the January/February issue of the magazine Serviam, Dr. Chodakiewciz notes: "Genocide prevention is about neutralizing regimes and groups fostering mass murder through their ideologies and actions. In the West, most conceptualize genocide prevention in terms of education, lobbying, and humanitarian assistance.... Meanwhile, people are dying and even the best "road map" can't stop it fast enough. But I knew someone who did in Congo almost 50 years ago." A feeling of clenched impotence overwhelms us when we hear horrific stories about the Lord's Resistance Army under Joseph Kony kidnapping children for sex slaves and toy soldiers in Uganda; we read accounts of Laurent Nkunda's irregulars from the National Congress for the Defense of the People (CNDP) massacring villagers in the Congo; or we watch the images of the janjaweed perpetrating atrocities in Darfur. Thus, genocide in real time makes a mockery of the promise: "Never again." Genocide prevention is about neutralizing regimes and groups fostering mass murder through their ideologies and actions. In the West, most conceptualize genocide prevention in terms of education, lobbying, and humanitarian assistance. Recently, under the auspices of the US Holocaust Memorial Museum, prominent Americans even created a useful blueprint for genocide prevention. Hopefully, the new administration will pay heed. Meanwhile, people are dying and even the best "road map" can't stop it fast enough. But I knew someone who did in Congo almost 50 years ago. Rafal Gan Ganowicz (1932-2002) came from a Muslim Tartar family which found refugee in the Polish-Lithuanian Commonwealth in the 16th century, converted to Christianity, and served its adopted nation in every war and insurrection. Rafal was seven years old when Hitler and Stalin jointly invaded Poland. The Germans killed his mother during the siege of Warsaw in September 1939. When Rafal was 12, his father, an officer in the pro-Western clandestine Home Army, fell in the Warsaw Rising in August-September 1944. The boy also participated in the anti-Nazi struggle, fled from a German concentration camp, and hid until the arrival of the Soviets in January 1945. Afterwards, Rafal continued his affiliation with the pro-Western underground. According to Gan Ganowicz, with the Nazis annihilated, it was one's duty to defeat the other enemy of humanity: the Communists. He resented the rapine and pillage of the Red Army, as well as the terror and violence of the Soviet secret police and its local Polish proxy. His clandestine team consisted often of war orphans like himself. They operated in Warsaw, which was destroyed in about 80%. At first, like under the Nazi occupation, Rafal's youth secret outfit limited itself to propaganda. The boys and girls distributed underground leaflets, defaced Communist posters, and painted anti-Soviet graffiti. The Stalinist secret police began shooting at the Warsaw taggers. They fired back in night time engagements in an impenetrable sea of ruins. Finally, in 1950, the secret police tracked Rafal down. Warned at the last second, he headed straight for the Warsaw train station. Clutching two guns, the eighteen year old freedom fighter hid under a train carriage and traveled undetected to Berlin. After having been vetted and quarantined for three years in Germany, US armed forces intelligence transferred Rafal to France. He attended a commando training course and, simultaneously, an officers school of the Free Polish Armed Forces in Exile. This was a joint clandestine operation of the US government and the émigré Polish government in London. Upon graduating, Rafal was commissioned second lieutenant in the Polish army and deployed with the US Army guard companies. He was slated to be parachuted into Soviet-occupied Poland during the apparently imminent liberation of central and eastern Europe. Alas, Operation Rollback never materialized. Following the ill-fated insurrection in Hungary in 1956, and the subsequent thaw in US-Soviet relations, the commando teams were disbanded. Undeterred, Rafal vowed to continue to fight the Communists as soon as the opportunity presented itself. For the next few years, the ex-commando worked as a high school literature teacher in France. In 1965, having heard about the atrocities in the Congo, he volunteered to fight on the side of Moses Tschombe whose enemies were backed by the Kremlin. The conflict in the Congo stemmed from the sudden retreat of its colonial master, Belgium, and the concomitant collapse of law and order. Mass slaughter followed of genocidal proportions. Rebellions and revolutions multiplied. The realm became not only a Cold War battlefield, but also a jousting ground for would-be strongmen and warlords as well as centrifugal regionalists and ferocious tribes battling all and sundry. Lieutenant Rafal Gan Ganowicz fought with his battalion in eastern Congo in defense of Stanleyville (now Kisangani) and later operated between Katanga and Kivu. His troops were the bellicose Katangans under the command of a handful of Western NCOs and officers. First, they defeated the revolutionaries of the Red Chinese-trained Pierre Mulele and the Cuban-supported Gaston Soumialot, capturing the Soviet-educated Mchawi Masutu "Mkundu" in the process. Ultimately, the government contractors commanding the troops of Tschombe routed Che Guevarra himself and forced his Cubans to flee. Next, the units under Gan-Ganowicz operated to restore peace and order and pacify the countryside. The task was daunting not only because of the Communist revolutionary factor but also because some of the locals reverted to their own savage ways. In some instances, their Marxist leaders duped and doped their revolutionaries who, consequently, believed themselves to be invulnerable to bullets only to be mowed down by the hundreds in futile human wave attacks. In the most shocking case of savagery, a tribe of cannibals, so-called "people crocodiles," descended upon the peaceful fishermen of M'Wabu by the Lualaba River. The cannibals kidnapped and ate their victims, decorating their camp-site with the heads of the unfortunates. The Polish officer sent out his troops to hunt the murderers down and kill them. At this point, order, any order, meant a halt to the massive bloodletting. Crushing the revolution and stomping out savagery meant saving lives in a short run. In a long run, law and order could have ushered in a just peace and a wholesome political system. Alas, they still continue to elude the Congo. And they are also absent in Yemen, Rafal's next destination, where he traveled in 1967 as a government contractor for the King of Saudi Arabia. In Yemen Gan Ganowicz trained the tribal insurgents; he fought the Egyptian national socialists auxiliaries of the Kremlin; and, last but not least, he targeted Soviet advisors and other assets. His notable scores include downing the MiG of the head of the Red Army's military mission in Yemen; obliterating a convoy of Soviet tanks in a mountain canyon ambush; and leveling the Soviet Embassy there with his mortars. The Polish officer accepted the Saudi government contract because he knew that anywhere the Communist revolution prevailed there resulted oppression, terror, and, often, genocide. After all, the Communists promised to exterminate the old elites and anyone connected to tradition to usher in their millenarian utopia. Class struggle, like race struggle, is a sure warrant for genocide. By the end of the 1960s, Gan Ganowicz was back in Paris. True to his rule to fight only against the Nazis and Communists, he turned down several jobs that failed to fit his ideological profile. This included a request from Fidel Castro to enlist in one of his revolutionary undertakings; and a few proposals from his old commanding officer Bob Denard to overthrow this or that African government. The Polish officer refused to be involved, although he did seriously considered going to Cuba to assassinate Castro. In the late 1970s Rafal began working as a journalist for Radio Free Europe. When the Communists imposed martial law and crushed Solidarity's national liberation movement, he became the chief coordinator in the West for the movement's most radically anti-Communist wing: the Fighting Solidarity. In the mid-1980s Gan Ganowicz also agreed to serve as a commanding officer of a CIA-backed Polish Legion to fight in Afghanistan. I know that because I volunteered to serve under him but was sorely disappointed when the project was scrapped. The Afghans received the Stingers instead. And that is how I never became a government contractor. After 1989, friends convinced Gan-Ganowicz to visit Poland. In the mid-1990 he became a mini-celebrity in the student anti-Communist circles. Polish TV made a documentary about his life. The neo-Communist and liberal powers-that-be vainly attempted to thwart its screening. There was even a leftist media campaign against him, depicting him falsely as a money-hungry bloody mercenary. By the end of the 1990s Rafal moved to Poland permanently and died there soon after of cancer. He left behind a memoir aptly titled Kondotierzy (Condottieri), "Soldiers of Fortune." Gan Ganowicz's dream of falling in battle against the Communists was never fulfilled. But he did prevent genocide in at least two places.
Saturday, September 12, 2009 | heretyk

ProgressFor Poland | Utwórz swoją wizytówkę
Home Redakcja Ogłoszenia Kontakt Galeria Poradnik Emigranta Kultura Sklep Praca Linki About us Współpraca Medialna Reklama/Ads

Wspomóż nasza działalnosć i fundusz Progress For Poland - Chase Bank # 793762493