Corina Turcinowic po śmierci swojego meżą, obywatela USA została deportowana do Francji. Wcześniej przez cały czas opiekowała się najpierw swoim narzeczonym, a potem mężem, który zmarł w roku 2004. Jej historię opisuje dziennik Chicago Sun Times.
Historia zaczęła się w roku 1990, kiedy Maro Turcinowic przyjechał ze swoim chorwackim zespołem na tourne po Stanach Zjednoczonych. Podczas pobytu w New Jersey doszło do wypadku drogowego w wyniku którego mężczyzna został sparaliżowany. Rokowania początkowo nie były najgorsze i Corina przyjechała do USA jako obywatel Francji bez wizy. Miała prawo pozostać w USA przez 90 dni. Niestety przez te 90 dni stan zdrowia narzeczonego, którym troskliwie się opiekowała a potem męża nie uległ poprawie. Mario wymagał opieki przez 24 godziny na dobę. Temu zadaniu poświęciła się Corina.
Jej mąż uzyskał status najpierw stałego rezydenta, potem starał się o obywatelstwo. Długo trwało załatwienie pobrania odcisków palców, gdyż trzeba było tę czynność wykonać w domu chorego. W sumie do roku 2004 kiedy Maro zmarł wszystkie sprawy formalne nie zostały zakończone. Wraz ze śmiercią męża Corina Turcinowic straciła powód do pobytu na terenie USA, choć starała się o status stałego rezydenta ze względów humanitarnych. Dowodziła, że po tylu latach pobytu w USA nie ma do czego wracać we Francji. Urząd Imigracyjny był jednak bezwzgledny. W końcu naruszyła prawo. Nielegalnie opiekowała się chorym człowiekiem.
28 grudnia 2007 roku do jej domu w Beverly West zapukali nieznajomi mężczyźni. Kobieta zapytała kto tam.
Przyjazny sąsiad – usłyszała w odpowiedzi.
Niestety nie byli to przyjaciele. Za drzwami stali agenci Urzędu Imigracyjnego. Kobieta została zakuta w kajdanki i przewieziona do więzienia w Joliet - Jak zwykły przestępca, a potem wydalona z Ameryki.