Waszyngton ma nowy temat i od kilku dni żyje słowami byłego szefa Departamentu Bezpieczeństwa Wewnętrznego Toma Ridge’a, który w swojej książce poruszył kwestię ogłoszenia pomarańczowego alarmu w przededniu wyborów prezydenckich w 2004 r. Dla Baracka Obam to manna z nieba, bowiem w końcu z pierwszego miejsca przynajmniej na chwilę zeszły kontrowersje związane z reform służby zdrowia.
Ridge w swojej książce "Egzamin naszych czasów" twierdzi m.in. że to czołowi urzędnicy administracji Busha w przededniu wyborów prezydenckich naciskali na podniesienie poziomu alarmu dotyczącego bezpieczeństwa narodowego do poziomu pomarańczowego. Townsend, w wywiadzie dla CNN stanowczo jednak odrzuciła te rewelacje twierdząc, że SA motywowane personalnie. Jak dodała, "Ridge próbuje wynieść korzyści z odcięcia się od osiągnięć administracji George’a W. Busha". – Należy zastanowić się, czy czasem nie jest to chwyt reklamowy w celu zwiększenia sprzedaży książki – zauważyła Townsend.
Townsend stanowczo zaprzeczyła także, jakoby to ona była jedną z osób, które miałyby pośredniczyć w rozmowach o podniesieniu poziomu alarmu pomiędzy prokuratorem generalnym Johnem Ashcroftem i sekretarzem obrony Donaldem Rumsfeldem a Departmentem Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
Ridge ostatecznie nie zgodził się na taki krok, twierdząc, że w związku z wyborami prezydenckimi zostały już podjęte wszystkie wymagane środki w zakresie bezpieczeństwa. "Zacząłem się wtedy zastanawiać: Czy tu chodzi o bezpieczeństwo, czy o politykę?" – napisał w swej książce Ridge. Ostatecznie, poziom alarmu nie został zwiększony – czytamy w serwisie CNN.