Inkongruencja
Miaciej Białecki|Tuesday, July 21, 2009
Wiele osób uważa, że Warszawa jest brzydka. Słysząc takie opinie, zakochani w Warszawie zaczynają rozważać ich przyczyny. A to, że architektura nie dorasta do tej przedwojennej, a to, że drogi nie remontowane, że za mało zieleni, że za dużo zieleni... To wszystko nieprawda.
Podświadome wrażenie brzydoty miasta jest w pierwszym rzędzie wywoływane inkongruencją detalu: badziewność wykończenia psuje efekt całości. Oto na przystanek podjeżdża nowoczesny autobus. Niskopodłogowy, czyściutki, w barwach miasta, nawet nie zatłoczony. Gdyby ktoś chciał się dowiedzieć, jaką trasą to cudo techniki pojedzie, musi zapoznać się z tymczasowym opisem trasy. Opis wydrukowany jest na zwykłej kartce A4, wsadzonej do koszulki foliowej, takiej z segregatora, przymocowanej przylepcem do znajdującej się w autobusie nowoczesnej tablicy informacyjnej. Takie koszmarne koszulki informacyjne wiszą miesiącami, gdyż objazdów i zmian tras komunikacji publicznej jest w Warszawie zatrzęsienie.
Do ubiegłego roku na Starym Mieście straszył uliczny posterunek policji przypominający budkę z zapiekankami, nieodparcie przywołujący na myśl czasy handlarzy sprzedających swoje towary z łóżek i szczęk. Tę estetykę zlikwidował w Warszawie prezydent Paweł Piskorski, przenosząc handlarzy do tymczasowych hal, nie przyjęła jednak tego do wiadomości policja stawiając swoją budkę.
Następcy Piskorskiego nie poradzili sobie przez siedem lat z następnym etapem cywilizowania ulicznego handlu, nic więc dziwnego, że w tym roku władze Śródmieścia dumnie otwarły nowy posterunek policji przy Barbakanie, nawiązujący stylistyką do blaszanych hal na Placu Defilad. Stoi to-to pomiędzy Barbakanem a kościołem paulinów... Zastanawiam się, dlaczego nie protestują w tej sprawie miejski ani wojewódzki konserwator zabytków.
Najboleśniejszym przejawem inkongruentnego zalewu bezguścia są uliczne reklamy. Piękne ulice i parki Warszawy są ozdobione przez dwadzieścia tysięcy billboardów. W trzy razy większym Paryżu billboardów jest mniej niż dwa tysiące. Stołeczne billboardy są wspomagane przez kilkumetrowe dmuchane misie, czerwone łapy dyndające na kioskach, a przede wszystkim przez reklamy na autobusach i tramwajach.
Autobus w barwach miejskich, który podjechał na przystanek na początku felietonu, jest bowiem rzadkością. Dla marnych kilku złotych dochodu miasto rezygnuje ze swojej żółto-czerwonej symboliki i wiele pojazdów oblepiono od osi do dachu jarmarcznie kolorowymi reklamami. Na wysokości okien pojazdu reklamy wymalowane są na specjalnych drobnych siatkach, zaciemniających wnętrze. Pasażerowie mają nieskończenie gorszą sytuację od lokatorów kamienic, którym płachty reklamowe zasłaniają okna mieszkań - ci przynajmniej w oparciu o prawo własności zaczynają wygrywać z reklamiarzami w sądach.
Jest w Alei Solidarności budynek urzędu dzielnicy Wola. Ani ładny, ani brzydki, wpasowujący się w charakter tego odcinka ulicy, przy którym stoją majestatyczne gmachy sądów. Kilka lat temu na budynku urzędu, na wysokości 15 m, pojawił się biało-czerwony zegar w stylistyce klocków lego. Taki postmodernistyczny akcent, nadający mającej mało okien, a przez to nieco ponurej fasadzie lekko frywolny akcent. To był jednak estetyczny wyłom. Wkrótce na frontowych ścianach tegoż urzędu pojawiły się przeszklone aluminiowe gabloty ze zdjęciami z dzielnicowych imprez. Z oddali wyglądają jak zapełniona zdjęciami 6 x 9 wystawa małomiasteczkowego fotografa nazajutrz po dniu pierwszej komunii. Z bliska można w nich dostrzec prawdziwy sens - na zdjęciach widać uśmiechniętego burmistrza dzielnicy w życiowych sytuacjach: wręczającego, przemawiającego, troskliwym spojrzeniem obejmującego swoje włości...
Niedawno okazało się, że może być jeszcze gorzej. Na fasadzie budynku pojawił się nowy element: dwa pięciometrowe bannery, czyli ceratowe płachty wiszące na drutach zaczepionych o framugi okien na parterze. Nie dość, że nie zharmonizowane kolorystycznie, to umieszczone w przypadkowym miejscu, tak żeby pan Stefan z portierni mógł je łatwo zawiesić, a pani Jola ze swojego okna przytrzymać zaczepy. Jeden z bannerów zaprasza na jakąś imprezę - ten, przy całej przaśności, budziłby jeszcze nadzieję swoją tymczasowością, perspektywą zniknięcia po imprezie. Niestety, na drugim bannerze „Urząd Dzielnicy Wola m. s. Warszawy serdecznie zaprasza”. Po prostu: zaprasza - nie wiadomo do czego, ale niewątpliwie zaprasza bezterminowo. Urzędnikom nie wystarczył dziesięciometrowy mosiężny szyld „Urząd Warszawa-Wola”, odziedziczony po poprzednikach i wkomponowany w architekturę budynku, musieli poprzez bannery dać wyraz swojemu poczuciu estetyki.
Za garść złotówek zarobionych na reklamach instytucje publiczne rezygnują z jakichkolwiek zahamowań. Minister sportu zaproponował, by Stadion Narodowy nazwać w drodze przetargu imieniem firmy, która przetarg wygra. Kolejne pomysły w drodze. W komisję przetargową mogłaby się przekształcić miejska komisja nazewnictwa ulic. A może by tak logo jakiejś firmy wprowadzić do herbu miasta? Można by wtedy dodatkowo zaoszczędzić na etatach w miejskim biurze promocji. Promocją syrenki (dlaczego właściwie syrenki?) zajęłaby się zainteresowana tym firma.
Maciej Białecki
Felieton ukazał się w czerwcowym numerze „Kuriera Warszawskiego”
Dodaj komentarz
• I znowu zbawca Piskorski został pochwalony przez tramwajarza Białeckiego. Czego to Piskorski nie zrobił dla Warszawy. Wg Białeckiego - nie ma takiej rzeczy. Piskorski nawet otrzymał kilka milionów łapówek za uwłaszczenie gruntów swoim kolegom i za przetargi budowlne. Póżniej biedak przyniósł zaświadczenie z kasyna, że wygrał sporą sumę. Ale jak się okazało, Piskorski musiałby wygrać pod rząd 135 razy maksymalne stawki, aby pokryć wartość zaświadczenia. W takiej sytuacji nie dziwi mnie, że Piskorski "zrobił" najwięcej dla Warszawy. Z takim sprytem - nie ma rzeczy niemożliwych. Ciekawe ile razy dziennie Białecki cmoka tyłek Piskorskiego? Aby robić to jeszcze lepiej - polecam scenę z filmu Bruno - gdy Bruno ma sex z duchem swego idola.
Wednesday, July 22, 2009 | west
• Panie West, alez pan jest zapiekly w swojej politycznej niecheci! Troche przypomina Pan Niesiolowskiego. W jego wypowiedziach nigdy nie ma argumentow merytorycznych, tylko pesonalne.
Wednesday, July 22, 2009 | Wojtek
• Polityk powinien być jak żona Cezara - poza wszelkimi podejrzeniami. A tego nie można powiedzieć o Piskorskim. I Piskorskiego i jego lizusów zawsze będę tępił.Tym bardziej, że Piskorski pretenduje do bycia Wielkim Politykiem.
Wednesday, July 22, 2009 | West
• Drogi Wescie! Oczywiscie zadzam sie, ze politycy powinni byc jak zona Cezara! Ale czy politycy PiS czy PO tacy sa? Nie przesadzajmy.
Wednesday, July 22, 2009 | Wojtek