Prezydent Barrack Obama podczas rozpoczynającego się właśnie szczytu gospodarczego w środkowych Włoszech będzie miał trudne zadanie. Musi przekonać liderw światowych potęg gospodarczych, że Ameryka nadal jest krajem wypłacalnym i można spokojnie inwestować w amerykańskie kompanie i papiery wartościowe. Całe szczęście, że prezydent przekonać musi liderów politycznych, a nie studentów ekonomii słynnego University of Chicago.
Kiedy tuż przed szczytem podczas jednego z wykładów zorganizowano ankietę i zapytano o tę sprawę żaków, ponad 90% odpowiedziała, że Ameryka Chinom nigdy nie spłaci zadłużenia wynoszącego obecnie ponad 14 bilionów dolarów.
Studenci to ludzie młodzi, więc trudno ich posądzać o jakiś zbiorowy pesymizm. Może studiując cegły napisane przez ich profesorów, wśród których mnóstwo laureatów nagrody Nobla kierują się poczuciem realizmu? Czyżby więc prezydent miał przekonać swoich rozmówców do tego, aby realizmu się wyzbyli?
Albo Amerykanie będą musieli chwycić za sakiewkę i wysupłać z niej znacznie więcej na zapłacenie wyższych podatków. Coś w tym jest. Przed kryzysem firmy pożyczkowe i banki radośnie udzielały kredytów hipotecznych, praktycznie każdemu kto się po nie zgłosił. Obecnie, gdy o kredyt znacznie trudniej, a banki długo jeszcze nie dojdą do siebie, rolę zadowolonego z siebie rozdawcy pieniędzy przejął rząd. Publiczne pieniądze uratowały wiele banków i ubezpieczeniowych gigantów. Wspomogły zresztą raczej nieskutecznie General Motors. Na razie sukcesu nie przyniósł pierwszy uchwalony przez Kongres pakiet stymulacyjny w wysokości 787 miliardów dolarów. Do tej pory wydano około 100 miliardów. Banki jeden za drugim uciekają z program TARP, mającego pomóc właścicielom nieruchomości, nie chcą bowiem godzić się na rządową kontrolę. Choć więc pierwszy program działa w sposób ograniczony, w Waszyngtonie coraz bardziej otwracie mówi się o konieczności uchwalenia kolejnego pakietu, wartości przynajmniej kilkuset miliardów. Konkretnej sumy na razie nikt nie podaje zapewne w celu ograniczenia kosztów medycznych związanych z leczeniem zawałów serca ekonomistów. Prezydent jednak twardo lansuje sfinansowanie rządowego programu ubezpieczeń medycznych, co także sporo kosztuje.
Nic dziwnego, że biuro budżetowe Białego Domu i tak posądzane o stosowanie kreatywnej księgowości podaje już tylko szacunkową wartość deficytu budżetowego. Deficyt płynie bowiem jak Mississippi po ulewnych deszczach. Mało kto przejmuje się, że pieniądze te kiedyś przyjdzie oddawać. Zresztą przejmować się nie ma czym, bowiem wówczas w Białym Domu urzędować będzie już zupełnie inna administracja.
Pamiętać trzeba także, iż blisko bankructwa znajduje się również wiele budżetów stanowych. Kalifornii, a także Illinois grozi zapaść finansowa. W Illinois właśnie w stanowym Kongresie obraduą nad 50% podwyżką lokalnych podatków. Podatki poodnoszą miasta i powiaty. Choć ceny nieruchomości dramatycznie spadły, wcale nie odbija się to na płaconych świadczeniach, te bowiem prawie wszędzie wzrosły. Choć federalne podatki pozostały na niezmienionym poziomie, ludzie i tak płacą już znacznie więcej. Pytanie brzmi ile więcej mogą zapłacić w sytuacji, gdy dochody spadają, banki kredytów nie udzielają, a koszty opieki medycznej czy edukacji rosną radykalnie.
Studenci obserwując rzeczywistość dostrzegają zagrożenia. Widzą pewnie także, że kryzys związany z trudnościami w spłacie rządowych zobowiązań będzie znacznie boleśniejszy od kryzysu finansowego spowodowanego krachem na rynku nieruchomości. Czy nadejdzie? Pierwsze przebłyski już widać na razie na poziomie stanowym. Kalifornia, Illinois i wiele innych stanów nie płaci rachunków na czas. Gdyby czynił tak zwykły obywatel, banki naliczałyby kary, może i dom odebrały. Agendy rządowe nie ponoszą odpowiedzialności, co więcej jeszcze wmawiają, że to w interesie obywatela.
Czy więc znajdą się nabywcy amerykańskiego zadłużenia? Pewnie tak, naiwnych bowiem nie brakuje. Jedynie przebudzenie potem bywa bolesne. Na razie tańcząc i ciesząc się radośnie wydajemy pieniądze, nie martiwąc się zupełnie tym, że kiedyś orkiestra jak tan a Titanicu będzie musiała zejść z pokładu.
Andrzej Jarmakowski
Dodaj komentarz
• W Kaliforni banki nie chcą już "cash-ować" IOU-s wystawianych przez stan.
W USA potrzebna jest polityka "pro-growth" a nie to ustawiczne gadanie o podnoszeniu podatków, wprowadzaniu bezsensownych regulacji i nagonka na biznesy, które kreują miejsca pracy. Najwyższy czas, żeby Biały Dom się ocknął.
Wednesday, July 8, 2009 | Diann