Barack Obama i John McCain wygłosili przemówienia podczas konwencji radykalnej organizacji latynoskiej „National Council of La Raza”. Obaj kandydaci powiedzieli to, co zgromadzona publiczność chciała usłyszeć, uciekając od istoty problemu. Nic dziwnego, gdyż o polityce imigracyjnej Ameryki od dawna nie sposób mówić normalnie. Gdyby bowiem zrealizować postulaty „La Razy” Ameryka powinna szeroko otworzyć swoje granice i kwiatami witać każdego kto postanowi nielegalnie przekroczyć Rio Grande. Strażnikom Granicznym zaś należałoby zakazać sprawdzania zawartości plecaków, bo jeszcze znaleźliby dwa kilo kokainy przeszmuglowanej w celu zdobycia środków na rozpoczęcie nowego życia.
Radykalne, często skrajnie lewackie organizacje broniące praw imigrantów domagają się zaprzestania respektowania federalnego prawa imigracyjnego. Krytykują Urząd Imigracyjny za organizowanie rajdów skierowanych przeciwko pracodawcom zatrudniającym tych współczesnych niewolników. Każde działanie zmierzające do przestrzegania prawa, a więc na przykład konieczność weryfikowania numerów social security przy zarudnianiu nowych pracowników budzi opory i sprzeciw. Od krytków obecnej sytuacji dowiemy się, że federalna baza danych jest guzik warta, gdyż zawiera błędy. Duże miasta jak Chicago oficjalnie twierdzą, że stanowią bezpieczne schronienie dla nielegalnych. Lokalna policja nie może sprawdzać statusu imigracyjnego zatrzymywanych. Nie jest to działanie bezinteresowne. Wielkie miasta korzystają z pół darmowej pracy nielegalnych imigrantów. W ten sposób stworzono nową warstę współczesnych niewolników, ludzi pozbawionych praw i perspektyw na przyszłość. Próba zmiany tego stanu rzeczy, domaganie się respektowania prawa stanowi zaś przejaw zacofania, ksenofobii i nie wiadomo czego jeszcze. Jednym słowem pomieszanie z poplątaniem.
„La Raza” oraz gubernator stanu Nowy Meksyk Bill Richardson jak diabeł wody święconej unikają tematów związanych z rzeczywistą sytuacją na południowej granicy USA. Tam zaś od pewnego czasu trwa wojna, która pochłonęła już ponad 4 tysiące ofiar śmiertelnych. Meksykańskie oddziały wojsk federalnych oraz lokalna policja walczą z kartelami narkotykowymi, praktycznie sprawującymi władzę na południu Meksyku. Na razie rząd Meksyku przegrywa tę batalię. Kartele narkotykowe zamordowały szefa meksykańskiej policji oraz jego zastępcę. Kilkunastu oficerów meksykańskiej policji poprosiło o azyl polityczny w USA, gdyż obawiali się o los swoich rodzin. Ostatnio dowiedzieliśmy się, że ranni żołnierze wojsk federalnych oraz policjanci meksykańscy leczeni są w szpitalach na terenie Teksasu, bowiem zorganizowany świat przestępczy groził w Meksyku lekarzom i ich rodzinom, jeżeli odważą się udzielić pomoc medycznej poszkodowanym. Ranni żołnierze przebywają w szpitalach pod ochroną agentów Homeland Security bowiem istnieje niebezpieczeństwo, że gangsterzy działać mogą też po amerykańskiej stronie granicy.
Tu dochodzimy być może do sprawy najważniejszej. Jak wynika z opublikowanego kilka dni temu „National Drug Inteligence Raport” meksykańskie kartele narkotykowe posiadają swoje odnogi we wszystkich większych miastach amerykańskich. Członkowie tych grup swobodnie przenikają przez granicę organizując przemyt narkotyków, broni i ludzi. Potwierdza to Fred Burton były agent FBI w opublikowanej niedawno książce „Ghost”. Dodajmy jeszcze, że dosłownie kilka dni temu wywiad Meksyku opublikował raport z którego wynika, że istnieje realna groźba przejęcia władzy w kraju przez zorganizowaną przestępczość.
Burton i wielu innych ekspertów twierdzi, że obecnie sytuacja w Meksyku i ciągle niedostatecznie uszczelniona granica z południowym sąsiadem stanowi dla Ameryki ogromne niebezpieczeństwo być może większe niż Al-Kaida. O tym jednak „La Raza” nie wspomina.
Trzeba także zauważyć, że praktycznie wszystkie problemy związane z polityką imigracyjną dotyczą Meksyku i innych krajów Ameryki Środkowej. Ostatnio na przykład znacznie spadł odsetek odmów wizowych dla Polaków. Być może niedługo Polska spełni wymogi stawiane państwom objętych programem ruchu bezwizowego. Trudno więc zrozumieć dlaczego wielu reprezentantów organizacji polonijnych namawia naszych rodaków dla poparcia rozmaitych lewackich pomysłów latynoskich ustawodawców.
W gruncie rzeczy nie rozumiem dlaczego prawo imigracyjne ma stanowić jakiś rodzaj świętej krowy. Dlaczego prawo imigracyjne nie ma być respektowane. Nie mam nic przeciwko imigrantom, twierdzę jednak, że władze mają pełne prawo do kontroli tego zjawiska. Ameryka potrzebuje imigrantów, jednak niech przybywają oni tutaj normalnie i potem korzystają z ochrony prawnej. Obrona zjawiska nielegalnej imigracji prowadzi jedynie do tworzenia grupy współczesnych niewolników. Ludzie ci często bezwzględnie są wykorzystywani i boją upomnieć się o swoje prawa, gdyż natychmiast ich pracodawcy grożą im sankcjami i wydaleniem z kraju. Sam raz widziałem jak właścicielka znanej restauracji w Chicago zbeształa swoją kelnerkę pochodzącą z Chin, gdy ta chciała odejść z pracy. Właścicielka groziła jej donosem do Urzędu Imigracyjnego.
Miasto Chicago bardzo chętnie korzysta z federalnych funduszy, dlaczego jednak nie chce przestrzegać federalnego prawa? To ciągle dla mnie niepojęte. Dlatego zgadzam się z twierdzeniem, że warunkiem jakiejkolwiek reformy prawa imigracyjnego jest zabezpieczenie południowej granicy. Reforma prawa imigracyjnego nie ma sensu w sytuacji kiedy na południu kartele narkotykowe posiadają tak wielką siłę i kontrolują wiele miast po południowej stronie granicy. Chcąc tworzyć nowe prawo najpierw należy zapewnić przestrzeganie istniejących już regulacji. Po co tworzyć nowe ustawy, skoro obowiązujące obecnie nie są przestrzegane?
Andrzej T. Jarmakowski