
Home
NewsOpinieAmerykaChicagoEkonomiaPoloniaSportKomunikatyGoracy tematRaport SpecjalnyHumorKulturain EnglishRozneWybory Multimedia
Galeria
Ogłoszenia
30-lecie Ruchu Młodej Polski. Proszę wstać, przyszli bohaterowie
Gazeta pl.Marek Sterlingow|Friday, October 2, 2009
Esbecy latali po lesie przebrani za sportowców. Zatrzymali nawet Bogu ducha winnych turystów, którzy byli na wycieczce. No i złapali też mnóstwo naszych kolegów, którzy jechali na ten pierwszy zjazd - opowiada Aleksander Hall, lider RMP, były minister, poseł, a dziś historyk i wykładowca putBan(34);
putBan(34); Skąd się wzięła nazwa Ruch Młodej Polski?
Aleksander Hall: Hm... wtedy naprawdę byliśmy młodzi! W 1979 większość z nas miała około 25 lat, byli też koledzy wyraźnie młodsi. Najstarszy, Jan Samsonowicz, miał 35 lat. Rozważaliśmy też inne nazwy: Ruch Młodych, Akcja Polska.
Zjazd założycielski RMP...
- ... się nie odbył. Mieliśmy się spotkać w miejscowości Kalna Huta. Ale Służba Bezpieczeństwa zatrzymała część z nas, w tym mnie, jeszcze przed wyjazdem. W okolicach Kalnej Huty SB urządziła prawdziwe polowanie. Latali po lesie przebrani za sportowców. No i złapali mnóstwo naszych kolegów. Kto pana zatrzymał?
- Żeby było śmieszniej, Adam Hodysz. Był to oficer SB, który już od roku z nami współpracował. Zaprowadził mnie do aresztu i następnego dnia przesłuchiwał. Odmówiłem składania zeznań, zgodnie zresztą ze wskazówkami Hodysza. On wtedy głośno okazał swoje niezadowolenie: "No, jeszcze się doczekacie!". A na boku poinformował, jak wygląda sytuacja, kto został zatrzymany. Nie pamiętam, czy napisał mi to na kartce, czy powiedział po cichu w drodze na przesłuchanie.
Długo pan siedział?
- Zatrzymanie trwało jak zwykle 48 godzin, więc mogliśmy wkrótce się znów spotkać. W węższym gronie postanowiliśmy, że ogłaszamy powstanie naszego ruchu. Komunikat podpisali przedstawiciele środowisk, które miały być na zjeździe. Potem zadzwoniliśmy do Jacka Kuronia i Leszka Moczulskiego z prośbą o przekazanie wiadomości Radiu Wolna Europa i zachodnim agencjom prasowym. Niebawem też dokończyliśmy prace nad deklaracją ideową. Pod nią wszyscy podpisywali się już imionami i nazwiskami. Lista sygnatariuszy nadal jest bliska mojemu sercu.
Co było najważniejsze w waszym manifeście?
- To był zapis naszych wartości. Oparty na ideach chrześcijańskich. Najważniejsza była osoba ludzka i naród, czyli wspólnota i niepodległe państwo. Już wtedy mówiliśmy o sobie: konserwatyści.
W jaki sposób chcieliście osiągnąć swoje cele?
- To była praca wychowawcza, praca nad myślą polityczną. Miało to nas przybliżyć do celu, jakim była niepodległość. Tworzyliśmy kółka samokształceniowe.
Młodzież się garnęła do dodatkowych zajęć?
- Zainteresowanie prawdziwą wiedzą o dziejach Polski było ogromne. Największy nabór mieliśmy w latach 1980-81, w karnawale "Solidarności". Najwięcej młodych było z Trójmiasta, ale mieliśmy też kółka w Warszawie, Poznaniu, Krakowie, Gorzowie, Bydgoszczy czy Siedlcach.
Czego uczyliście?
- Historii. Opowiadaliśmy o Katyniu, sowietyzacji Polski, losach żołnierzy armii generała Andersa, Jałcie. Rozmawialiśmy o polityce. Wiele zależało od indywidualności i zainteresowań osób prowadzących. Z mojego kółka samokształceniowego wyszli m.in.: Wiesław Walendziak, Artur Matys, Adam Pawłowicz, Wojtek Turek i Jarosław Kurski, obecny pierwszy zastępca naczelnego "Gazety".
Ruch Młodej Polski stał się szerzej znany w Gdańsku po niepodległościowym wiecu 3 maja 1980. Dwóch z was zostało wtedy zatrzymanych...
- Zatrzymanych i pobitych było więcej. Sam nieźle oberwałem od esbeckiej bojówki. Ale do aresztu na trzy miesiące trafiło tylko dwóch: młodopolak Dariusz Kobzdej i działacz Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela Tadeusz Szczudłowski. Zaczęliśmy wtedy walczyć o ich uwolnienie. Oni z kolei zaczęli w areszcie strajk głodowy.
To było preludium do strajków sierpniowych. Przez trzy miesiące - maj, czerwiec lipiec, okres ich uwięzienia - atmosfera w Gdańsku była gorąca. W kościele Mariackim były codziennie modły o ich uwolnienie.
- To była nasza największa akcja ulotkowa. Rozeszło się 100 tys. ulotek. Pomagali nam ludzie z Wolnych Związków Zawodowych, w których szczególnie aktywny był wówczas jeszcze szerzej nieznany Lech Wałęsa. To stworzyło pewną wyraźną więź między nami. putBan(34); Dzięki temu pewna prywatka przeszła do historii...
- Gdy po tych trzech miesiącach więzienia nasi bohaterowie wyszli na wolność, spotkaliśmy się u Piotra i Ewy Dyków na ulicy Sienkiewicza 10 mieszkania 6. Adres pamiętam do dzisiaj. Oprócz nas, młodopolaków, byli też ludzie z WZZ. Tam rozeszła się wiadomość, że z pracy zwolniono Annę Walentynowicz. Bogdan Borusewicz wyprowadził wtedy Wałęsę na klatkę czy podwórko, bo wiadomo było, że u Dyków jest podsłuch. No i tam Bogdan podjął decyzję o strajku w stoczni, a Wałęsa zgodził się być jego liderem. My o tych ustaleniach oczywiście wtedy nic nie wiedzieliśmy.
Mimo to natychmiast włączyliście się w organizację strajku.
- Bożena Rybicka, czyli późniejsza żona Maćka Grzywaczewskiego, była w stoczni już pierwszego dnia. Zraz potem zjawili się Arkadiusz Rybicki i Andrzej Jarmakowski. Odczytali nasze oświadczenie z poparciem dla robotników. Ja przyjechałem drugiego dnia po południu, razem z Andrzejem Słomińskim, Tadeuszem Szczudłowskim i Darkiem Kobzdejem. Gwoli prawdy historycznej muszę dodać, że towarzyszył nam także współpracownik SB Tadeusz Adamski. Oczywiście wtedy tego nie wiedzieliśmy. Jak strajkujący was przywitali?
- Prosto spod bramy zaprowadzono nas na obrady przedstawicieli robotników z dyrekcją. Wałęsa zarządził: "Proszę wstać, przyszli bohaterowie, którzy odcierpieli w więzieniu za naszą sprawę, za Polskę. Uczcimy ich odśpiewaniem hymnu". Oczywiście tymi bohaterami byli Tadeusz i Darek, my tylko byliśmy z nimi. Wszyscy wstali, łącznie z dyrektorem Klemensem Gniechem. To był moment, kiedy uświadomiłem sobie, jak silną pozycję ma Wałęsa. Że nie tylko robotnicy, ale i druga strona się z nim liczy. Powiedziałem sobie: "Oho, narodził się przywódca!".
Jak pomagaliście strajkującym?
- Zajęliśmy się poligrafią i usługami kurierskimi. Nie pretendowaliśmy do pierwszoplanowej roli, nie weszliśmy do politycznego kierownictwa strajku. Nie chcieliśmy, by propaganda komunistyczna zaczęła dudnić, że "siły antysocjalistyczne" próbują przejąć strajk. Większość z nas to były typowe "zaplute karły reakcji", ludzie, którzy nie pracowali, bo albo za działalność antypaństwową byli wyrzuceni z pracy, albo byli jeszcze studentami.
Ale w kilku momentach odegraliście istotną rolę. Na przykład Arkadiusz Rybicki namalował na deskach 21 postulatów. Zawisły na bramie. Wiele lat później, jako już historyczne, zostały wpisane na listę UNESCO.
- Były dwa momenty, gdy wpływaliśmy na decyzje polityczne. Pierwszy to noc z soboty na niedzielę 17 sierpnia, gdy układane były postulaty strajkowe. W zebraniu uczestniczyli członkowie Komitetu strajkowego i kilka osób z opozycji. Nalegałem, by nie rozszerzać listy postulatów politycznych. Bo te, co już są, jak np. żądanie utworzenia wolnych związków zawodowych, już i tak są daleko idące. Był spór, Tadeusz Szczudłowski proponował by wpisać wolne wybory. My, RMP, byliśmy zwolennikami linii realistycznej. Stanowisko, które popieraliśmy przeszło.
A drugi moment?
- To był temat więźniów politycznych. Uważaliśmy, że przed podpisaniem porozumień należy doprowadzić do ich uwolnienia. Sytuacja była taka: w Trójmieście dzięki strajkowi byliśmy stosunkowo bezpieczni. Natomiast szerokie aresztowania odbyły się w Warszawie w kręgach KOR, KPN. Czołówka warszawskiej opozycji demokratycznej dostała sankcje prokuratorskie, czyli trzy miesiące. Wypuścili ich 31 sierpnia. Duża rolę, pozytywną, odegrał w tej sprawie Andrzej Gwiazda.
Co robiliście w karnawale "Solidarności"?
- Ruch Młodej Polski rozwinął skrzyła. Drukowaliśmy "Bratnika", mieliśmy własne wydawnictwo Młoda Polska. To był też złoty czas zdobywania zwolenników, wchodzenia w nowe środowiska, czy to uniwersyteckie, czy licealne. Zaczęło się ukazywać pismo "Uczeń".
Włączyliście się też w działalność NSZZ "Solidarność".
- Na wyraźne zaproszenie Wałęsy młodopolacy zajęli istotne stanowiska w aparacie związkowym. Zostali szefami biura krajowego "Solidarności", agencji Biura Informacyjno Prasowego. Szefem sekretariatu Komisji Krajowej był Grzegorz Grzelak, też od nas. Nawet dwie z trzech sekretarek Lecha były z naszego środowiska.
Ciągle mieliście "wtyczkę" w SB. Jak to funkcjonowało?
- Adam Hodysz pracował dla opozycji trójmiejskiej od 1978. Z jego pomocy korzystał dużo Bogdan Borusewicz. Dzięki temu wielokrotnie unikał zatrzymań. Weryfikował swoje podejrzenia w stosunku do osób, które podejrzewał o to, że są agentami SB. Kanał informacyjny szedł przeze mnie. W czasie karnawału Adam uznał, że nasze spotkania muszą być jak najrzadsze. Powstał taki łańcuszek, pojawił się łącznik, osoba spoza środowiska.
Czy stan wojenny was zaskoczył?
- 11 grudnia wieczorem wróciłem z Warszawy, ze spotkania m.in. z Adamem Michnikiem. Nie wiedziałem jeszcze, że zobaczymy się dopiero w 1984 r., po jego wyjściu z więzienia i moim wyjściu z ukrywania się. Otóż czekała na mnie karteczka z zaszyfrowanym wezwaniem na spotkanie w umówionym miejscu. Tam Adam mi powiedział, że całe gdańskie SB otrzymało rozkaz stawienia się w pracy wczesnym popołudniem 12 grudnia. To jego zdaniem mogło oznaczać, że następnej nocy coś się stanie. Natychmiast pojechałem do stoczni, do Wałęsy. Uważałem, że szef związku musi o tym wiedzieć. W miarę upływu dnia zacząłem myśleć, że to chyba fałszywy alarm. To się brało z tej atmosfery pewności i siły na Komisji Krajowej. Nadmiernej, jak się okazało.
- 12 grudnia były też moje imieniny. Kilku gości już przyszło, zdaje się, że Jacek Taylor, Danka i Grzegorz Grzelakowie. Zadzwonił telefon i usłyszałem: "Ula przeprasza, ale nie może przyjść" czy coś takiego. "Ula", to było słowo klucz przekazane przez Hodysza. Znaczyło: "Uciekaj i ukryj się". Nie wiedziałem, czy to znaczy, że to tylko ja jestem w niebezpieczeństwie, czy też to szersza akcja.
W każdym razie z imienin nici.
- Tak jest. Dotarłem do stoczni i przekazałem tę informację Wałęsie. Młodopolakom, którzy tam byli, dałem wyraźne zalecenie: "Nie nocujcie w domu".
Dopiero osiem lat później władza znów podjęła rozmowy z opozycją. Powstał rząd Tadeusza Mazowieckiego z panem jako ministrem ds. partii politycznych. A młodopolacy rozpierzchli się po wszystkich partiach.
- Niewątpliwie członkowie RMP dali się poznać w tym ostatnim dwudziestoleciu. Od nas wywodzi się aż dwóch marszałków Sejmu - Marek Jurek i Maciej Płażyński. Było wielu ministrów, posłów, senatorów. Młodopolacy weszli do elity politycznej odrodzonej Polski. I nadal tam są.
A pan czym się zajmuje?
- Piszę książki i uczę historii.
Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl.
W Chicago, o czym twórcy RMP nie wiedzieli powstanie RMP wywarło wielki wpływ na młodych działaczy Krzysztofa Raca, Mariana Sromka i Romana Koperskiego, którzy założyli organizację POMOST.
Dodaj komentarz
• Duzo zrobili i dobrze ze sie o nich pamieta. Zasluzyli na to.
Saturday, October 3, 2009 | Smith
• Szkoda ze A.Hall nie kontroluje swojej \"szanownej malzonki\", ktora z niewiadomych wzgledow powywalala jako minister edukacji w szkolach lekture Sienkiewicza, Zeromskiego, Prusa i innych, a na ich miejsce wcisnela Gombrowicza i jemu podobnych, ktorzy z patriotyzmem nie maja nic wspolnego.
Tuesday, October 6, 2009 | pedagog
Wspomóż nasza działalnosć i fundusz Progress For Poland - Chase Bank # 793762493
---

